Słowa przeciwko naturze
Każda cywilizacja najpierw zmienia słownik, a dopiero potem krajobraz. Nie zaczynamy od wycięcia lasu. Zaczynamy od nazwania go zasobem. Nie zaczynamy od osuszenia mokradła. Zaczynamy od nazwania go nieużytkiem. Nie zaczynamy od wyprostowania rzeki. Zaczynamy od przekonania, że rzeka kręta jest rzeką źle wychowaną, która powinna wreszcie nauczyć się płynąć rozsądnie, najlepiej pod kątem prostym, zgodnie z oczekiwaniami inżyniera.
Język rzadko wygląda groźnie. Nie ma koparek, betoniarek ani rur melioracyjnych. Nie widać po nim spalin ani pyłu. A jednak bywa pierwszym narzędziem przemocy wobec świata.
Wystarczy kilka niewinnych słów, powtarzanych dostatecznie długo, aby całe społeczeństwa zaczęły wierzyć, że natura jest przeciwnikiem, teren jest materiałem, rzeka przeszkodą, drzewo surowcem, zwierzę szkodnikiem, a roślina rosnąca nie tam, gdzie powinna, chwastem. Szczególnie lubimy mówić o triumfie człowieka nad naturą. Jest w tym wyrażeniu coś komicznego, choć komizm ten ujawnia się zwykle dopiero podczas powodzi, suszy albo fali upałów. Człowiek triumfujący nad naturą siedzi wtedy w mieszkaniu na ósmym piętrze, w mieście rozgrzanym do temperatury piekarnika, wachluje się rachunkiem za klimatyzację i nadal być może wierzy, że zwyciężył.
Gdyby natura miała poczucie humoru, a wiele wskazuje na to, że ma, musiałaby uznać ten triumf za jeden z zabawniejszych epizodów w historii ssaków.
Nasza epoka ma szczególny talent do mylenia kontroli z rozumem. Potrafimy coś przeciąć, więc mówimy, że to uporządkowaliśmy. Potrafimy coś zalać betonem, więc mówimy, że to zagospodarowaliśmy. Potrafimy coś osuszyć, więc mówimy, że to odzyskaliśmy. Słowa są tu niezwykle wygodne. Nie mówią o stracie, lecz o postępie. Nie mówią o zniszczeniu, lecz o rozwoju. Nie mówią o tym, że pozbyliśmy się naturalnego systemu chłodzenia, tylko że teren został przeznaczony pod inwestycję. Samo słowo natura traktujemy zresztą podejrzanie. W zależności od potrzeb oznacza ono matkę, którą należy podziwiać, dzicz, którą należy ujarzmić, zasób, który należy wykorzystać, albo dekorację, którą należy wstawić między parking a galerię handlową. Najrzadziej oznacza system, od którego jesteśmy zależni. Ta ostatnia definicja jest zbyt upokarzająca. Wolelibyśmy być panami świata, a nie jego pasażerami. Tymczasem człowiek nie jest właścicielem planety, lecz bardzo hałaśliwym lokatorem, który od kilku tysięcy lat przerabia instalację w mieszkaniu, nie czytając instrukcji i obrażając się, gdy zaczyna kapać z sufitu.
Najbardziej znamienny jest sposób, w jaki mówimy o rzeczach, które nie służą nam bezpośrednio.
Chwast to roślina, która popełniła przestępstwo polegające na tym, że wyrosła bez naszej zgody. Nie ma czegoś takiego jak chwast w sensie biologicznym. Jest tylko roślina w miejscu, w którym człowiek zaplanował inną roślinę, kostkę brukową albo idealnie martwy trawnik. Mlecz, pokrzywa, krwawnik czy koniczyna nie są kategorią moralną. Nie są nieposłuszne. Nie są brzydkie z natury. Są brzydkie dopiero w oczach cywilizacji, która za piękno uznała powierzchnię równie żywą jak wykładzina. Słowo chwast jest małym traktatem politycznym. Mówi nam, kto ma prawo istnieć, kto jest tolerowany, a kto ma zostać usunięty. W mikroskali pokazuje całą metafizykę dominacji. Oto człowiek, wyposażony w sekator, randap i głębokie przekonanie o własnej doniosłości, staje nad rośliną i ogłasza ją błędem. Roślina, niewzruszona tą klasyfikacją, robi to, co robiła od milionów lat. Rośnie. W tym sporze trudno nie zauważyć, która strona zachowuje większą godność. Podobny los spotkał mokradła, bagna, torfowiska i rozlewiska. Przez długi czas mówiliśmy o nich językiem pogardy. Były nieużytkami, przeszkodami, siedliskami komarów, miejscami do osuszenia, terenami do odzyskania. Samo słowo odzyskać jest tu arcydziełem bezczelności. Odzyskujemy coś, co nigdy do nas nie należało, po czym zamieniamy to w działkę, drogę albo pole, a następnie z pewnym zdziwieniem odkrywamy, że woda nie zniknęła z obiegu, tylko przeniosła swoje pretensje w inne miejsce.
Dziś zaczynamy rozumieć, że te rzekomo bezużyteczne obszary były jednymi z najważniejszych urządzeń klimatycznych, jakie mieliśmy.
Magazynowały wodę, chłodziły powietrze, zatrzymywały węgiel, łagodziły susze i powodzie. Robiły to bez konferencji prasowych, bez dotacji promocyjnych i bez aplikacji mobilnej. Były tak skuteczne, że uznaliśmy je za prymitywne. To częsty los rozwiązań naturalnych. Ponieważ działają bez naszego udziału, wydają nam się mniej inteligentne od tych, które psują się po upływie gwarancji. Miasto jest być może najlepszym pomnikiem tego sposobu myślenia. W imię porządku wycięliśmy drzewa, przykryliśmy ziemię betonem, zamknęliśmy wodę w rurach, wyrównaliśmy powierzchnie, usunęliśmy cień, a następnie zaczęliśmy się dziwić, że nie da się oddychać. Czterdzieści stopni w mieście nie jest kaprysem pogody. Jest rachunkiem wystawionym przez krajobraz, który wcześniej cierpliwie znosił nasze reformy. Tam, gdzie jest woda, zieleń, cień i przepuszczalna gleba, temperatura bywa o wiele niższa.
Tam, gdzie jest beton, asfalt, szkło i metal, powstaje piec, w którym mieszkańcy mogą kontemplować triumf urbanistyki nad zdrowym rozsądkiem.
Nie jest przypadkiem, że tak często mówimy o walce z żywiołem. Walczymy z wodą, kiedy zalewa nam piwnice, chociaż wcześniej przez dekady odbieraliśmy jej miejsca, w których mogła się bezpiecznie rozlać. Walczymy z suszą, choć wcześniej pozbywaliśmy się wszystkiego, co zatrzymywało wilgoć w krajobrazie. Walczymy z upałem, choć z uporem godnym lepszej sprawy produkowaliśmy miejskie wyspy ciepła. W tym sensie współczesny człowiek przypomina kogoś, kto podpala własny dom, a potem z dumą zakłada fundację na rzecz walki z pożarami. Język walki jest szczególnie zdradliwy, bo nadaje naszym działaniom pozór heroizmu. Jeśli walczymy z naturą, to jesteśmy odważni. Jeśli ją ujarzmiamy, jesteśmy skuteczni. Jeśli ją podbijamy, jesteśmy cywilizowani. Słowa te nie pozwalają nam zobaczyć, że bardzo często nie walczymy z naturą, lecz z konsekwencjami własnej głupoty. Rzeka nie jest naszym wrogiem dlatego, że wylewa. Rzeka wylewa, bo jest rzeką. To człowiek, budując domy na terenach zalewowych, nadał temu zjawisku wymiar katastrofy. Jednym z najbardziej wpływowych źródeł naszego przekonania o wyjątkowej pozycji człowieka była chrześcijańska idea panowania nad stworzeniem, według której świat został oddany człowiekowi do dyspozycji, niczym majątek rodzinny przekazany niezbyt rozgarniętemu spadkobiercy. Trudno o bardziej niebezpieczną metafizykę niż ta, która łączy kosmiczną pychę z praktyczną bezkarnością. Jeżeli człowiek wierzy, że stoi ponad resztą stworzenia, łatwo przychodzi mu traktować resztę stworzenia jak magazyn, ogród zoologiczny, kopalnię i śmietnik jednocześnie. Jeżeli ponadto sądzi, że jego wyjątkowa pozycja została zatwierdzona przez najwyższą instancję, spór staje się praktycznie niemożliwy. Z faktami można dyskutować. Z dogmatem znacznie trudniej, zwłaszcza gdy dogmat ma po swojej stronie interes ekonomiczny.
Najbardziej absurdalne jest to, że przekonanie o panowaniu nad naturą przetrwało nawet wtedy, gdy stało się empirycznie kompromitujące.
Można jeszcze rozumieć człowieka neolitu, który wycinał kawałek lasu i sądził, że oto poszerza granice świata ludzkiego. Trudniej rozumieć człowieka współczesnego, wyposażonego w dane klimatyczne, zdjęcia satelitarne, raporty naukowe, modele pogodowe i klimatyzowane biuro, który nadal mówi językiem podboju. To już nie niewiedza. To raczej szczególny gatunek inteligentnego zaślepienia, w którym fakty są dostępne, lecz słownik pozostaje średniowieczny. Warto zauważyć, że język dominacji jest niemal zawsze językiem uproszczenia. Las staje się drewnem. Rzeka staje się zasobem wodnym. Ziemia staje się gruntem inwestycyjnym. Zwierzę staje się populacją do kontroli. Roślina staje się chwastem. Bagno staje się problemem melioracyjnym. Każde z tych słów usuwa z rzeczywistości jej złożoność. Czyni świat łatwiejszym do zarządzania, a więc łatwiejszym do niszczenia. To, co nazwane precyzyjnie, może budzić respekt. To, co nazwane pogardliwie, można usunąć bez wyrzutów sumienia. Nie chodzi o to, byśmy nagle zaczęli mówić o naturze z ckliwą czułością, jakby każda kałuża była świątynią, a każdy komar małym ambasadorem kosmosu. Sentymentalizm jest tylko odwrotną stroną tej samej pychy. W obu przypadkach człowiek ustawia siebie w centrum, raz jako zdobywcę, raz jako wzruszonego widza.
Potrzebujemy czegoś mniej teatralnego, a bardziej rozumnego. Potrzebujemy języka zależności, współistnienia i ograniczeń.
Nie musimy kochać każdego zjawiska naturalnego, aby przestać mówić o nim jak o wrogu. Nie musimy zachwycać się pokrzywą, aby zauważyć, że nie jest ona moralnym uchybieniem ogrodu. Nie musimy romantyzować bagien, aby przyznać, że ich osuszenie było często aktem krótkowzrocznej arogancji. Nie musimy rezygnować z miast, aby zrozumieć, że miasto pozbawione drzew, wody i gleby jest maszyną do produkcji cierpienia w miesiącach letnich. Praca nad językiem może wydawać się zajęciem błahym wobec skali kryzysu. Ktoś powie, że w obliczu zmian klimatycznych potrzebujemy technologii, regulacji, inwestycji i polityki, a nie sporów o słowa. Jest w tym racja, ale tylko częściowa. Polityka nie rodzi się w próżni. Inwestycje nie rodzą się w próżni. Technologie również nie. Wszystkie wyrastają z wyobrażeń o świecie, a wyobrażenia te są przechowywane w języku. Jeśli przez całe pokolenia mówimy o ziemi jako o czymś, co należy zagospodarować, nie powinniśmy się dziwić, że w końcu zagospodarujemy ją tak dokładnie, iż nie będzie gdzie żyć.