Dlaczego Czarodziejska Góra Tomasza Manna jest dziś tak aktualna?
Czarodziejska Góra jest jedną z tych książek, które nie tyle się czyta, ile do których się powraca. Nie wymusza lektury napięciem fabularnym, nie pcha czytelnika ku zakończeniu w sposób właściwy powieściom opartym na akcji. Jej siła jest inna. Działa jak wysokość, na której rozgrywa się akcja. Zmienia ciśnienie myślenia. Spowalnia czas. Wciąga w rytm powtarzalnych posiłków, pomiarów temperatury, rozmów, spacerów, leżakowań i dysput, które z początku mogą wydawać się nadmiarowe, a po pewnym czasie zaczynają układać się w wielką diagnozę europejskiej świadomości u progu katastrofy.
Mann rozpoczął pracę nad tą książką przed I wojną światową. Impulsem była jego wizyta w Davos w 1912 roku, gdzie odwiedzał żonę Katię przebywającą w sanatorium.
Początkowo planował krótszy utwór, rodzaj ironicznej noweli, być może przeciwstawnej wobec Śmierci w Wenecji. Zamiar był lżejszy, bardziej satyryczny. Sanatorium miało być miejscem osobliwym, komicznym, lekko groteskowym, zawieszonym poza zwykłym życiem. Potem jednak wydarzyła się historia. Wybuchła wojna, która przerwała pracę nad książką, a świat, z którego wyrastał pierwotny pomysł, przestał istnieć. Kiedy Mann wrócił do powieści, pisał ją już z perspektywy człowieka, który wie, że europejski porządek nie był stabilną strukturą, lecz kruchej konstrukcji scenografią, za którą gromadziły się siły znacznie potężniejsze niż rozmowy ludzi dobrze wychowanych.
To przesunięcie czasu jest jednym z najważniejszych źródeł niezwykłej energii Czarodziejskiej góry.
Powieść dzieje się przed wojną, ale została dokończona po wojnie. Jej bohaterowie żyją jeszcze w świecie, który nie zna własnego końca, natomiast narrator i autor wiedzą już, dokąd ten świat zmierzał. Dzięki temu książka jest zbudowana z dwóch czasów naraz. W jednym z nich Hans Castorp przyjeżdża na trzy tygodnie do kuzyna do sanatorium i stopniowo ulega hipnozie miejsca. W drugim Europa już spłonęła, a wszystko, co wydawało się tylko rozmową, manierą, chorobą, sporem ideologicznym albo dziwactwem klasy próżniaczej, nabiera znaczenia symptomów.
To właśnie dlatego w powieści czuć napięcie, którego sami kuracjusze nie potrafią jeszcze nazwać.
Oni rozpoznają gorączkę, gruźlicę, erotyczne napięcie, rywalizację intelektualną, nudę, snobizm, melancholię i śmierć jednostkową. Nie rozpoznają jednak choroby historycznej. Nie wiedzą, że ich sanatorium jest modelem Europy, a ich rozmowy są jak ćwiczenia głosowe cywilizacji, która za chwilę zacznie krzyczeć. Mann tworzy tu paradoksalną sytuację. Czytelnik wie więcej niż bohaterowie, ale nie dlatego, że zna fabularny sekret. Wie więcej, bo zna historię. Widzi, że to, co dla nich jest jeszcze atmosferą, dla nas jest już zapowiedzią. Sanatorium Berghof jest miejscem odciętym od świata, a jednocześnie miejscem, w którym świat ujawnia swoją istotę. To nie jest zwykła dekoracja powieściowa. To laboratorium europejskiej nowoczesności. Na dole, w nizinie, toczy się życie mieszczańskie, praktyczne, uporządkowane, podporządkowane pracy, rodzinie, karierze i kalendarzowi. Na górze wszystkie te obowiązki tracą siłę. Czas przestaje być narzędziem produkcji. Przestaje być linearny. Rozciąga się, zapętla, traci kontur. Dzień jest podobny do dnia, rok do roku, a trzy tygodnie mogą zamienić się w siedem lat.
W tym sensie Czarodziejska góra jest również jedną z największych powieści o zawieszeniu.
Jej bohaterowie nie są już w pełni uczestnikami dawnego świata, ale nie należą jeszcze do żadnego nowego. Ich egzystencja ma charakter przejściowy, choć oni sami próbują uczynić z przejściowości styl życia. Choroba staje się formą tożsamości. Pobyt w sanatorium, który powinien być epizodem, zmienia się w sposób istnienia. To bardzo nowoczesne doświadczenie. Żyjemy dziś w podobnym stanie przedłużonego tymczasowego pobytu. Kryzys klimatyczny, wojna, automatyzacja, sztuczna inteligencja, erozja liberalnych instytucji, zmęczenie kapitalizmem, inflacja lęków i języków politycznych, wszystko to tworzy poczucie epoki, która trwa, ale nie potrafi już przekonująco wyjaśnić, dokąd zmierza.
Aktualność Manna polega właśnie na tym, że nie opisuje katastrofy jako nagłego wydarzenia. Opisuje długie przedkatastroficzne odrętwienie.
Ludzie nie chodzą po sanatorium z poczuciem, że stoją na krawędzi historii. Rozmawiają. Flirtują. Kłócą się. Chorują. Obserwują siebie nawzajem. Odkładają powrót. Przyzwyczajają się do anomalii. To jest może najbardziej przenikliwy element powieści. Katastrofa rzadko przychodzi do społeczeństwa jako coś całkowicie obcego. Często poprzedza ją długi okres normalizacji nienormalności. Człowiek nie mówi sobie codziennie, że żyje w epoce schyłku. Raczej dostosowuje kalendarz, język i przyzwyczajenia do coraz bardziej osobliwych warunków. W tym sensie Hans Castorp jest figurą niezwykle współczesną. Nie jest geniuszem, prorokiem ani buntownikiem. Jest człowiekiem przeciętnie wrażliwym, dostatecznie inteligentnym, by ulegać ideom, i dostatecznie biernym, by żadnej z nich nie podporządkować życia. Jest chłonny, ale nie rozstrzygający. Słucha Settembriniego, słucha Naphty, ulega erotycznemu magnetyzmowi Kławdii Chauchat, fascynuje się Peeperkornem, doświadcza śmierci, choroby, muzyki, śniegu i metafizyki, ale długo pozostaje kimś, kto raczej przyjmuje świat niż go kształtuje. Jego edukacja nie prowadzi do prostego dojrzewania. Jest raczej ekspozycją na sprzeczne energie epoki.
Settembrini i Naphta są tu czymś więcej niż postaciami. Są dwoma typami europejskiej świadomości doprowadzonymi do retorycznej skrajności.
Settembrini reprezentuje humanistyczny liberalizm, wiarę w rozum, postęp, emancypację i literaturę jako narzędzie moralnego doskonalenia. Jest dzieckiem oświecenia, choć dzieckiem już trochę zmęczonym, zbyt eleganckim, zbyt werbalnym, zbyt przekonanym, że historia powinna podporządkować się dobrej argumentacji. Naphta z kolei jest figurą mrocznego antyliberalizmu, mieszaniny teologii, rewolucyjnego radykalizmu, pogardy dla mieszczańskiego komfortu i pragnienia przemocy oczyszczającej. Ich spór jest jednym z wielkich sporów nowoczesności. Rozum przeciwko absolutowi. Liberalizm przeciwko fanatyzmowi. Humanistyczna ironia przeciwko eschatologicznej gorączce. Czytane dzisiaj ich rozmowy brzmią zdumiewająco znajomo. Nie dlatego, że nasze ideologie są identyczne, lecz dlatego, że podobny jest mechanizm.
Żyjemy znów w epoce wielkich słów, które zbyt często są silniejsze niż doświadczenie.
Rozmaite obozy polityczne, technologiczne i kulturowe oferują własne totalne wyjaśnienia. Jedni wierzą w zbawczą moc postępu, innowacji, rynku, danych i optymalizacji. Inni w katastrofę, odwet, powrót do mitu, wspólnoty, narodu, religii albo autorytarnego porządku. W centrum tych sporów znajduje się człowiek podobny do Castorpa, zasypywany argumentami, obrazami, newsami, diagnozami i apokalipsami, lecz coraz mniej zdolny do działania. Fin de siècle, którego echo tak wyraźnie pobrzmiewa w powieści, nie był tylko stylem artystycznym ani nastrojem końca wieku. Był doświadczeniem przesytu. Europa przed 1914 rokiem była jednocześnie potężna i neurotyczna, bogata i chora, pewna siebie i przeczuwająca własny rozpad. Stary monarchiczny porządek nadal istniał, ale coraz bardziej przypominał dekorację. Arystokratyczne formy, mieszczańskie obyczaje, wiara w hierarchię, imperia, salony, mundury, maniery i rytuały były jeszcze obecne, lecz historia już pracowała pod nimi jak choroba pod skórą. I wojna światowa nie tyle nagle zniszczyła stabilny świat, ile brutalnie ujawniła jego wewnętrzne sprzeczności.
Dzisiaj również żyjemy wśród instytucji, które nadal działają, ale coraz częściej wydają się spóźnione wobec własnej epoki.
Demokracja liberalna istnieje, ale traci oczywistość. Kapitalizm działa, ale coraz mniej przekonująco odpowiada na pytanie o sens życia, nierówności i granice wzrostu. Praca wciąż organizuje tożsamość, ale automatyzacja zaczyna podważać jej centralność. Miasta rosną, choć stają się coraz trudniejsze do życia w czasie upałów. Technologie obiecują sprawczość, a jednocześnie produkują nowe formy bezradności. Tak jak w sanatorium Manna, żyjemy wewnątrz systemu, który wciąż ma procedury, rytuały i język, ale jego metafizyczna pewność słabnie. Dlatego Czarodziejska góra jest tak aktualna. Nie dlatego, że przedstawia identyczne problemy, lecz dlatego, że opisuje strukturę schyłkowego komfortu. To świat, w którym ludzie wiedzą bardzo dużo, dyskutują znakomicie, mają dostęp do idei, diagnoz i form kultury, ale nie potrafią przełożyć tej wiedzy na ocalające działanie. To brzmi boleśnie współcześnie. Nasza epoka jest przepełniona świadomością. Wiemy o klimacie, samotności, depresji, kryzysie pracy, wojnach informacyjnych, erozji więzi społecznych, zmęczeniu cyfrowym, nierównościach i przemocy systemów. Nigdy nie mieliśmy tylu diagnoz. A jednocześnie rzadko kiedy diagnoza tak słabo przekładała się na zmianę.
Mann rozumiał też coś, co dzisiaj wydaje się szczególnie ważne: że choroba może być przywilejem, językiem, tożsamością i alibi.
W Berghofie choroba odcina od obowiązków nizinnego świata, ale daje również szczególny status. Pozwala zostać na górze. Pozwala nie wracać. Pozwala celebrować własną wyjątkowość. To bardzo dwuznaczne. Choroba jest realna, ale wokół niej powstaje kultura, która zaczyna ją estetyzować. Podobnie dzisiaj kryzys często staje się środowiskiem, w którym żyjemy, zamiast problemem, który próbujemy rozwiązać. Mówimy o wypaleniu, lęku, katastrofie klimatycznej, końcu pracy, końcu demokracji, końcu intymności, końcu prawdy, lecz sama intensywność tych rozmów bywa czasem formą bezruchu. Najbardziej przejmujące w Czarodziejskiej Górze jest to, że finał nie przynosi czystego rozwiązania. Hans Castorp schodzi z góry nie jako oświecony mędrzec, ale jako żołnierz wrzucony w masową rzeź. Cała długa edukacja, wszystkie rozmowy, fascynacje, spory i medytacje zostają skonfrontowane z historią, która nie ma cierpliwości do subtelności. To nie znaczy, że edukacja była daremna. Raczej przeciwnie. Mann pokazuje tragiczne napięcie między złożonością myśli a brutalnością zdarzenia.
Cywilizacja może rozmawiać przez setki stron, a potem jeden wystrzał przerywa dyskusję.
To także brzmi dzisiaj znajomo. Żyjemy w kulturze niekończącego się komentarza. Wszystko zostaje przeanalizowane, nazwane, opisane, objaśnione, zrelatywizowane i umieszczone w kontekście. A jednak historia nie przestała być gwałtowna. Wojny wróciły do Europy nie jako metafora, ale jako fakt. Klimat przestał być tematem przyszłości, a stał się temperaturą w mieszkaniu. Sztuczna inteligencja przestała być abstrakcją z konferencji technologicznych, a zaczęła zmieniać pracę, język i obraz. Nagle okazuje się, że nie jesteśmy komentatorami procesu historycznego, lecz jego uczestnikami, choć bardzo długo łudziliśmy się, że siedzimy tylko na werandzie sanatorium i prowadzimy ciekawą rozmowę. Wielkość Czarodziejskiej góry polega więc na tym, że jest powieścią o czasie, który nie wie, że się kończy. O ludziach, którzy przeczuwają napięcie, ale mylą je z atmosferą. O ideach, które spierają się elegancko, zanim przybiorą postać przemocy. O chorobie, która jest jednocześnie biologiczna, społeczna i metafizyczna. O Europie, która bardzo wiele wie o sobie, ale nie potrafi się zatrzymać. I o człowieku, który przyjeżdża na chwilę, a zostaje na lata, bo tymczasowość okazała się najwygodniejszą formą życia.