© F5 Magazine
Ta prezentacja została zaprojektowana z myślą o urządzeniach mobilnych i tabletach. Zmniejsz okno przeglądarki lub otwórz stronę na telefonie.
Czy AI jest w stanie pisać jak Tokarczuk?
powered by:
GPT-5.6 Sol High
Ten eksperyment pokazuje, w jak złożony i kompletny sposób pracują obecne modele AI nad zadaniem, które wydawałoby się najtrudniej sparametryzować – stylem literackim.
AI próbujące pisać jak Tokarczuk nie musi nauczyć się generować metafor o drzewach, snach i pamięci. Musi wiedzieć, kiedy człowiek powinien przestać być centrum narracji. Kiedy przedmiot powinien przejąć funkcję pamięci. Jak przejść od ciała do idei i od pojedynczej historii do pytania o strukturę rzeczywistości. To wskazaliśmy jako największe wyzwanie dla opracowanego modelu sztucznej inteligencji.
Założenia i opis eksperymentu
Od ponad miesiąca prowadzimy eksperyment, którego punktem wyjścia było pozornie proste pytanie: czy sztuczna inteligencja jest w stanie napisać literaturę, która wykorzystuje mechanizmy charakterystyczne dla twórczości Olgi Tokarczuk, nie popadając przy tym w pastisz ani powierzchowne naśladownictwo? Nie chodziło więc o nauczenie modelu charakterystycznych fraz, powtarzanie rozpoznawalnych motywów czy stworzenie tekstu, który po kilku zdaniach można byłoby uznać za podróbkę Tokarczuk.
Interesowało nas coś trudniejszego: czy sposób budowania literatury można rozłożyć na bardziej abstrakcyjne mechanizmy, opisać je, sprawdzić ich powtarzalność w kolejnych książkach, a następnie użyć jako zestawu reguł do stworzenia całkowicie nowego opowiadania.
W tym sensie eksperyment był próbą oddzielenia stylu od jego powierzchni. Zamiast pytać, jakie słowa wybiera Tokarczuk, pytaliśmy, co jej tekst robi z perspektywą, czasem, ciałem, przestrzenią, informacją, metaforą i wiedzą czytelnika. Podstawą projektu stał się zamrożony na początku protokół TOKARCZUK STYLE DNA. Ustaliliśmy trzydzieści kryteriów, według których miała być analizowana każda kolejna książka. Obejmowały one między innymi architekturę narracji, typ narratora i fokalizacji, sposób konstruowania czasu, rytm prozy, składnię, słownictwo, metafory, logikę skojarzeń, ujawnianie informacji, napięcie, psychologię postaci, dialog, rolę ciała, przestrzeni i przedmiotów, ontologię świata, konstrukcję początku i zakończenia, metanarrację oraz to, czego tekst konsekwentnie unika. Ważne było, aby zestaw kryteriów nie zmieniał się przy każdej książce. Nową kategorię można było dodać dopiero wtedy, gdy pojawiłby się mechanizm, którego naprawdę nie dałoby się opisać przy pomocy istniejących pól. Dzięki temu kolejne analizy nie były osobnymi interpretacjami, lecz częściami jednego kumulatywnego badania. Drugą warstwą projektu była analiza ilościowa, czyli STYLE STATS.
Dla kolejnych książek mierzyliśmy długość zdań i akapitów, mediany i odchylenia, udział zdań bardzo krótkich i bardzo długich, dialogowość, zróżnicowanie lokalnych rytmów oraz bogactwo leksykalne.
Nie chodziło o znalezienie magicznej średniej, która miałaby definiować styl Tokarczuk. Przeciwnie, z każdą kolejną książką coraz wyraźniej wychodziło, że jedna taka średnia nie istnieje. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” ma inną powierzchnię statystyczną niż „Bieguni”, a „Księgi Jakubowe” jeszcze inną. Istotna okazała się nie wartość sama w sobie, ale to, jak rytm zmienia się zależnie od funkcji fragmentu. Scena dialogowa przyspiesza, refleksja poszerza zdanie, tekst wewnętrzny potrafi przejąć inną składnię, a kulminacja może skrócić frazę. Jednym z najważniejszych wyników całego projektu było więc odrzucenie hipotezy, że styl można odtworzyć przez imitację statystycznej powierzchni języka.
W sumie przeanalizowaliśmy dziesięć książek objętych naszym korpusem: od „Podróży ludzi Księgi”, przez „E.E.”, „Prawiek i inne czasy”, „Dom dzienny, dom nocny”, „Ostatnie historie”, „Annę In w grobowcach świata”, „Biegunów”, „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, „Księgi Jakubowe”, aż po „Empuzjon”. Każda z nich otrzymywała własne BOOK DNA, a potem jej wyniki były porównywane z wcześniejszymi. Mechanizmy dostawały status CORE, jeżeli wracały w sposób fundamentalny w całym korpusie, RECURRENT, jeżeli były silne, ale opcjonalne, albo LOCAL, jeśli pojawiały się tylko w jednej lub dwóch książkach. Co równie ważne, model miał nie tylko potwierdzać hipotezy, ale także je obalać. Tak stało się choćby z fragmentarycznością. Po „Domu dziennym, domu nocnym” i „Biegunach” mogło się wydawać, że konstelacyjna, mozaikowa konstrukcja jest jednym z fundamentów pisarstwa Tokarczuk. „Pług” i później „Empuzjon” pokazały jednak, że ta sama głęboka logika może działać w narracji zwartej, linearnej i bardzo fabularnej. Montaż konstelacyjny pozostał więc ważnym mechanizmem powracającym, ale nie został uznany za rdzeń. Po dziesięciu książkach obraz stał się zaskakująco spójny.
Najbardziej trwałe elementy nie dotyczą tego, o czym Tokarczuk pisze, lecz tego, co robi z materiałem opowieści.
Bardzo często wszystko zaczyna się od konkretu: ciała, rzeczy, gestu, miejsca albo niewielkiego zdarzenia. Ten konkret staje się wyrzutnią do zmiany skali i prowadzi ku abstrakcji, ale abstrakcja nie odrywa się całkowicie od materialnego świata. Zostaje później ponownie sprawdzona przez ciało, przestrzeń, przedmiot albo doświadczenie postaci. Metafora działa nie tylko jako ozdoba, lecz jako narzędzie poznawcze. Narracja swobodnie zmienia dystans, potrafi wejść bardzo blisko pojedynczego organizmu, a chwilę później oddalić się ku historii, wspólnocie albo strukturze większej niż człowiek. Przestrzeń nie jest biernym tłem, lecz wpływa na to, co postaci mogą zrobić i zobaczyć. Przedmioty magazynują pamięć i czas. Szczególnie silny okazał się także pluralizm epistemiczny: świat rzadko daje się opisać jednym uprzywilejowanym językiem. Nauka, religia, mit, pamięć, intuicja, ciało, dokument i osobiste doświadczenie mogą ze sobą konkurować, a tekst nie zawsze wskazuje jednego zwycięzcę. Bardzo ważną częścią tego modelu stały się zakończenia.
Początkowo łatwo było sprowadzić tę cechę do stwierdzenia, że Tokarczuk lubi zakończenia otwarte. Analiza pokazała coś bardziej precyzyjnego. Najciekawsze finały nie są otwarte dla samej otwartości. Ich funkcją jest reorientacja.
Czasem pojawia się fakt, który zmienia sens wcześniejszych scen, jak w „Pługu”. Czasem przesuwa się skala czasu, jak w „Księgach Jakubowych”. Czasem zmienia się tożsamość punktu widzenia, jak w „Empuzjonie”. W każdym z tych przypadków finał nie tyle dopisuje ostatnią informację, ile powoduje, że materiał, który czytelnik już zna, zaczyna układać się inaczej. To właśnie ten mechanizm został później przeniesiony do modelu generatywnego jako jeden z najważniejszych elementów przyszłego opowiadania. Oprócz rdzenia wyłoniła się grupa mechanizmów powracających. Należy do nich kontrolowana niepewność, zmiana rejestru przez listy, dokumenty czy inne teksty wewnętrzne, montaż konstelacyjny, narrator lub świadek nieprzywiązany do jednego ciała, pozaludzki punkt widzenia oraz sytuacja, w której sam język klasyfikuje ontologicznie rzeczywistość. Ten ostatni mechanizm szczególnie dobrze widać w „Pługu” i „Empuzjonie”: sposób nazywania rzeczy, rodzaj gramatyczny czy własne kategorie narratora nie tylko opisują świat, ale określają, co w tym świecie ma status osoby, podmiotu albo zjawiska. Jednocześnie celowo nie włączyliśmy wszystkich tych elementów do rdzenia. Model miał zapobiegać efektowi „maksymalnej Tokarczuk”, w którym jedno opowiadanie zostaje przeładowane snami, zwierzętami, wieloma narratorami, metafizyką, fragmentami i pozaludzką perspektywą tylko dlatego, że podobne rozwiązania pojawiały się w analizowanym korpusie. Na końcu tej fazy zamroziliśmy wyniki w trzech dokumentach: MASTER DNA FINAL, STYLE STATS MASTER FINAL oraz LAB WRITER FINAL. Ten ostatni nie jest instrukcją „jak pisać jak Tokarczuk”, lecz systemem kontrolującym proces tworzenia autonomicznej opowieści. Ustaliliśmy, które mechanizmy powinny działać prawie zawsze, które są opcjonalne i ilu można użyć jednocześnie.
Powstał też szereg zabezpieczeń przed pastiszem. Jeżeli pomysł na historię opierałby się na lesie, sanatorium, astrologii, podróżach, zwierzętach czy innym rozpoznawalnym motywie tylko dlatego, że pojawia się on u Tokarczuk, miał zostać odrzucony. Tekst miał być interesujący nawet wtedy, gdy czytelnik nic nie wie o eksperymencie.
Ostatnim etapem było uruchomienie FINAL STORY EXPERIMENT. Celowo nie podaliśmy sztucznej inteligencji tematu, bohaterów ani miejsca akcji. Chcieliśmy sprawdzić, czy z samego modelu potrafi powstać autonomiczny pomysł literacki. W ten sposób powstało opowiadanie „Ciśnienie zerowe”, którego bohaterką jest pracownica wodociągów odkrywająca, że zmiany w zużyciu wody mogą ujawniać ludzką nieobecność. Zamiast kopiować rozpoznawalne światy Tokarczuk, historia wykorzystuje wyabstrahowane wcześniej mechanizmy: techniczny konkret prowadzi do pytania o samotność i obecność, ciało oraz mieszkanie stają się źródłami wiedzy, dwa modele rzeczywistości — statystyczny i ludzki — pozostają jednocześnie prawdziwe i niewystarczające, a finał wraca do początkowej kategorii „braku” i zmienia jej znaczenie. Samo opowiadanie jest więc nie tyle próbą podszycia się pod autorkę, ile testem, czy można oddzielić głęboką mechanikę literatury od rozpoznawalnego głosu pisarki. Najważniejszy wynik całego eksperymentu jest więc dość przewrotny. Im dłużej analizowaliśmy Tokarczuk, tym mniej sensowne stawało się pytanie: „jak brzmi Tokarczuk?”. Jej książki potrafią mieć skrajnie różną architekturę, rytm i rodzaj narratora. Znacznie bardziej stabilne okazało się pytanie: „jak tekst organizuje wiedzę?”. W naszym modelu styl Tokarczuk przestał być zestawem charakterystycznych ozdobników, a zaczął przypominać system transformacji: materialny konkret prowadzi do abstrakcji, różne sposoby rozumienia świata wchodzą ze sobą w konflikt, narracja zmienia skalę, ciało i przestrzeń testują idee, rytm podporządkowuje się funkcji, a zakończenie zmienia relacje pomiędzy elementami, które czytelnik znał już wcześniej. Jeśli eksperyment coś pokazał, to właśnie to: sztuczna inteligencja może próbować nauczyć się nie powierzchni stylu, lecz jego konstrukcyjnej logiki. I dopiero wtedy pojawia się naprawdę interesujące pytanie — czy efekt nadal jest imitacją, czy zaczyna być już czymś autonomicznym.
Pierwszy raz usłyszała pustkę w mieszkaniu numer czterdzieści siedem. Nie była ciszą. Cisza jest tylko brakiem dźwięku i właściwie nie ma w niej nic szczególnego. Ta miała strukturę. Powtarzała się co mniej więcej siedem sekund, jakby ktoś bardzo daleko odkręcał kran, czekał chwilę, zakręcał go i natychmiast zaczynał od początku. Lena przyłożyła metalową końcówkę stetoskopu hydraulicznego do pionu.
— Słyszysz? — zapytała.
Administrator potrząsnął głową. Był jednym z tych mężczyzn, którzy kiedy czegoś nie rozumieją, poprawiają okulary. Zrobił to teraz.
— Co mam słyszeć?
— Nic.
Spojrzał na nią, jakby żartowała.
— To dobrze chyba.
— Nie.
Przyłożyła słuchawkę ponownie. Instalacja miała trzydzieści osiem lat. Stal ocynkowana, częściowo wymieniona na polipropylen. Na ósmym piętrze redukcja przekroju, niżej dwa trójniki zrobione niezgodnie z dokumentacją. Wszystko to Lena potrafiła usłyszeć. Zwężenie dawało cienki, wysoki ton. Kamień w rurach brzmiał szorstko, jak pocierany palcem papier. Nieszczelność miała w sobie rodzaj pośpiechu. Pustka z mieszkania czterdzieści siedem nie przypominała niczego. Na tablecie otworzyła kartę lokalu. ZUŻYCIE DOBOWE: 0,00 m³. OSTATNI ODCZYT: 11 DNI TEMU. STATUS LICZNIKA: AKTYWNY. STATUS LOKALU: ZAMIESZKAŁY.
— Kto tam mieszka?
Administrator znowu poprawił okulary.
— Starsza pani. Sama.
Zapukał. Najpierw lekko, później mocniej.
— Pani Jadwigo?
Nie odpowiedziała. Administrator wyjął telefon. Lena została przy pionie. Po chwili z mieszkania trzy piętra wyżej ktoś spuścił wodę. Fala przeszła przez instalację. Metal pod stetoskopem zadrżał jej w palcach. I wtedy pustka zniknęła.
Lena pracowała w miejskich wodociągach od szesnastu lat i przez ten czas nauczyła się, że ludzie mylą wodę z przezroczystością. Wydawało im się, że skoro ją widać, kiedy nalewa się ją do szklanki, nie może niczego ukrywać. Tymczasem cała historia miasta znajdowała się w rurach. Można było poznać godzinę, o której wstawało osiedle. O piątej czterdzieści sześć pojawiały się pierwsze pojedyncze skoki ciśnienia, potem o szóstej dziesięć instalacja zaczynała pracować równomiernie, a między siódmą a siódmą trzydzieści przypominała organizm podczas wysiłku. Prysznice, spłuczki, czajniki, pralki, zmywarki. Później wszystko się uspokajało. Wieczorem miasto znowu piło. Sieć wiedziała, kiedy zaczynał się mecz. Wiedziała też, kiedy się kończył, bo kilka minut po ostatnim gwizdku tysiące ludzi niemal jednocześnie szło do łazienki. Wiedziała, kiedy były święta. Kiedy upał. Kiedy ktoś wracał z wakacji. Lena nigdy nie mówiła tego inżynierom. Dla nich były to profile poboru. Krzywe godzinowe. Odchylenia od normy. Ona myślała o nich jak o oddechu. Nie była to metafora, którą szczególnie lubiła. Metafory często przeszkadzały w pracy. Jeżeli człowiek zbyt długo wyobraża sobie sieć jako żywy organizm, zaczyna w niej słyszeć rzeczy, których tam nie ma. Dlatego w raportach Lena pisała: NIEPRAWIDŁOWOŚĆ HYDRAULICZNA. ZABURZENIE PRZEPŁYWU. PODEJRZENIE NIESZCZELNOŚCI. Nigdy: SAMOTNOŚĆ.
Panią Jadwigę znaleziono w łazience. Żyła. Upadła dwa dni wcześniej, próbując wejść do wanny. Telefon został w kuchni. Nie mogła wstać. Gdy ratownicy wynosili ją na noszach, spojrzała na Lenę i powiedziała:
— To pani mnie znalazła?
— Rury — odpowiedziała Lena.
Starsza kobieta uśmiechnęła się.
— Wiedziałam.
— Co pani wiedziała?
— Że one wszystko słyszą.
Lena chciała jej powiedzieć, że rury niczego nie słyszą. Przenoszą tylko drgania. Ciśnienie. Energię. Ale ratownik poprawił koc i nosze ruszyły w stronę windy.
Po tym zdarzeniu Lena zaczęła sprawdzać zerowe zużycia. Nie miała do tego uprawnień. System był przeznaczony do wykrywania awarii i błędów liczników, nie ludzi. Dane lokalowe podzielone były na kategorie. AKTYWNE. NIEAKTYWNE. NIEODCZYTANE. PODEJRZENIE MANIPULACJI. AWARIA. Lena odkryła szybko, że najciekawsza była jeszcze jedna kategoria, której oficjalnie nie było. Nazwała ją BRAKIEM. Brak oznaczał mieszkanie, które według systemu powinno zużywać wodę, ale tego nie robiło. Nie przez godzinę. Nie przez noc. Dłużej. Najpierw sprawdzała trzy dni. Potem dwa. W końcu nauczyła się rozpoznawać nieobecność po kilkunastu godzinach. Nie zawsze oznaczała coś złego. Ludzie wyjeżdżali. Spali u kogoś. Zapominali zgłosić zmianę lokatora. Czasem umierali w szpitalu, a system jeszcze przez kilka tygodni uważał mieszkanie za zamieszkałe. Ale czasami brak oznaczał człowieka leżącego na podłodze. Tak znaleźli pana Romana z ulicy Konduktorskiej. Później kobietę na trzecim piętrze przy Chełmskiej. Potem mężczyznę, który dostał udaru w kuchni i przez prawie dobę patrzył na biały sufit, nie mogąc poruszyć prawą stroną ciała.
Po piątym takim przypadku kierownik wezwał Lenę.
— Musimy z tym skończyć.
— Z czym?
— Z tym, co robisz.
— Znajduję ludzi.
— Nie. Przeglądasz dane, których nie powinnaś używać do takich celów.
Na ścianie za nim wisiała mapa sieci wodociągowej. Czerwone i niebieskie linie wyglądały jak układ nerwowy czegoś ogromnego, co leżało pod miastem.
— Ale działa.
— To nie ma znaczenia.
— Jak może nie mieć znaczenia?
Kierownik westchnął.
— Bo system nie jest od tego.
To zdanie zostało z Leną na długo. System nie jest od tego. Powtarzała je potem w myślach, idąc korytarzem. Windy nie są od zatrzymywania ludzi między piętrami. Schody nie są od spadania. Łóżka nie są od umierania. A jednak wszystkie te rzeczy się na nich zdarzają.
Kilka tygodni później zadzwonił do niej doktor Radecki z działu modelowania sieci.
— Podobno wykrywasz trupy.
— Żywych.
— Jeszcze ciekawiej.
Przyszedł z laptopem i dwiema kawami. Był młodszy od Leny i mówił szybko, jak ludzie, którzy długo czekają na swoją kolej, a kiedy wreszcie ją dostają, boją się, że zaraz zostanie im odebrana. Pokazał jej wykresy.
— Sprawdziłem twoje przypadki.
— Nie wolno ci było.
— Tobie też nie.
Usiedli.
— Wiesz, co jest dziwne?
Na ekranie pojawiła się seria cienkich linii.
— Zużycie wody jest tylko częścią sygnału. Kiedy lokal przestaje pobierać wodę, zmienia się propagacja ciśnienia w całym pionie.
Lena patrzyła.
— Wiem.
— Nie. Ty słyszysz efekt. Ale zobacz.
Powiększył fragment wykresu.
— Aktywne mieszkanie tłumi pewne częstotliwości. Nawet minimalny pobór, nieszczelna spłuczka, kapanie kranu. Wszystko wprowadza zakłócenie. Kiedy lokal milknie całkowicie, pion zaczyna przenosić drgania inaczej.
— Pustka.
Radecki spojrzał na nią.
— Można tak powiedzieć.
— Ja tak mówię.
— W raporcie raczej nie.
Uśmiechnęła się.
— Nie.
Przez chwilę siedzieli bez słowa.
— Moglibyśmy zbudować model — powiedział w końcu.
— Czego?
— Nieobecności.
Model nauczył się szybciej, niż się spodziewali. Najpierw karmili go przypadkami awarii. Potem dłuższych wyjazdów. Pustostanów. Remontów. Zgonów. Hospitalizacji. Wprowadzili pogodę, dzień tygodnia i historię zużycia. Po kilku miesiącach system potrafił wskazać lokale, w których brak poboru był nietypowy. Radecki nazwał projekt HYDRA-7. Lena nie znosiła tej nazwy.
— Brzmi jak broń.
— Brzmi jak grant.
W dokumentacji napisali: ALGORYTM WCZESNEJ DETEKCJI ANOMALII KONSUMPCYJNYCH. Nikt nie napisał: MASZYNA DO WYKRYWANIA, ŻE CZŁOWIEK PRZESTAŁ WSTAWAĆ Z ŁÓŻKA.
Najpierw system miał skuteczność sześćdziesięciu dwóch procent. Potem siedemdziesięciu jeden. Po roku osiemdziesięciu czterech. Problemem były wakacje. Drugim domy. Samotni ludzie o nieregularnym trybie życia. Mieszkania, w których ktoś korzystał prawie wyłącznie z prysznica na siłowni. Ale system uczył się. Najtrudniejsi byli ci, którzy żyli prawie tak, jakby już ich nie było. Zużywali bardzo mało wody. Wstawali nieregularnie. Nie gotowali. Nie prali często. Nie mieli nikogo, kto pojawiałby się w ich mieszkaniu i nagle podwajał zużycie. Algorytm długo uznawał ich za anomalie. Potem przestał. Nauczył się, że również samotność może być regularna.
Lena zauważyła to pierwsza. Mężczyzna mieszkał przy Dolnej. Sześćdziesiąt osiem lat. Zużycie niezwykle niskie, ale stabilne. Jedenaście litrów. Dziewięć. Trzynaście. Siedem. Dwanaście. Przez półtora roku prawie identycznie. Aż pewnego dnia: zero. Drugiego: zero. System nie podniósł alarmu. Lena zobaczyła lokal przypadkiem.
— Dlaczego go nie oznaczył? — zapytała Radeckiego.
Sprawdził model.
— Bo mieści się w profilu.
— Zero?
— Jego profil przewiduje bardzo niskie zużycie. Model ma szeroki przedział ufności.
— Ale wcześniej nie miał zera.
— Miał jeden litr. Dwa. Statystycznie różnica jest mała.
Lena patrzyła na ekran.
— Dla niego może być duża.
Pojechała sama. Nikt nie otworzył. Wezwała administrację. Mężczyzna nie żył. Od czterech dni.
Potem zaczęła inaczej patrzeć na wykresy. Wcześniej szukała nagłego zaniku. Teraz zaczęła zauważać ludzi, którzy znikali powoli. Kobieta na Stegnach. Dwadzieścia dziewięć litrów dziennie. Potem dwadzieścia cztery. Dwadzieścia. Szesnaście. Dziesięć. Nie była chora. Po prostu przestała gotować. Później przestała używać pralki. W końcu kąpała się raz na kilka dni. System uznawał wszystko za normalne, ponieważ zmiana następowała powoli. Lena nazwała to zanikiem. Radecki protestował.
— Nie możemy diagnozować ludzi z wodomierza.
— Nie diagnozujemy.
— Właśnie to robisz.
— Nie. Patrzę na wodę.
— I mówisz, że ktoś znika.
— Bo znika.
— Może oszczędza.
— Może.
— Może wyjeżdża.
— Może.
— Może zmienił tryb życia.
— Może.
Radecki rozłożył ręce.
— No właśnie.
Lena skinęła głową.
— Właśnie dlatego trzeba sprawdzić.
Pewnego dnia zadzwoniła do niej pani Jadwiga. Ta z mieszkania czterdzieści siedem.
— Pamięta mnie pani?
— Pamiętam.
— Mam nową wannę.
— To dobrze.
— Prysznic właściwie.
— Bezpieczniej.
— Mówiłam hydraulikowi, żeby niczego nie zmieniał w rurach.
— Dlaczego?
— Żeby mnie pani znowu usłyszała.
Lena długo nic nie mówiła.
— Ja pani nie słyszę.
— Wiem.
— Widzę tylko przepływ.
— To prawie to samo.
— Nie.
— A jaka jest różnica?
Lena spojrzała na ekran komputera. W tej chwili miasto zużywało sto osiemdziesiąt siedem milionów litrów wody na dobę. Każdy litr miał adres. Każdy adres swoją historię. Pomyślała, że różnica między słyszeniem a pomiarem być może polega tylko na tym, że słyszeniu przyznajemy prawo do znaczenia.
— Nie wiem — powiedziała.
HYDRA-7 dostała finansowanie. Potem nową nazwę. CITY CARE FLOW. Później ktoś uznał, że słowo „care” może sugerować odpowiedzialność prawną. Zmieniono więc nazwę na WATER BEHAVIOURAL ANOMALY DETECTION SYSTEM. W skrócie WBADS. Radecki był zachwycony.
— Teraz naprawdę brzmi jak coś, czego nikt nie będzie chciał używać.
Miasto uruchomiło pilotaż. Algorytm miał zgłaszać nie anomalie techniczne, lecz anomalie obecności. Zaczęły się spotkania z prawnikami. Czy brak zużycia wody jest daną o stanie zdrowia? Czy wodociągi mogą przekazać informację o nim opiece społecznej? Czy człowiek ma prawo nie używać wody przez trzy dni? Czy państwo ma prawo zauważyć, że tego nie robi? Jedna z prawniczek powiedziała:
— To jest problem granicy między troską a nadzorem.
Lena zapisała to zdanie. Wieczorem przepisała je do swojego zeszytu jeszcze raz: TROSKA / NADZÓR. Pomiędzy słowami narysowała pionową kreskę. Potem ją starła.
W listopadzie system wskazał mieszkanie numer osiemnaście na ulicy Czerniakowskiej. ODCHYLENIE: 87%. Ryzyko wysokie. Lena otworzyła historię. Mieszkała tam kobieta, czterdzieści trzy lata. Przez ostatni miesiąc zużycie było normalne. Przedtem także. Nagle zero. Pierwszy dzień. Drugi. Trzeci. Telefon alarmowy do administracji nie przyniósł odpowiedzi. Lena pojechała. Drzwi otworzyła kobieta w grubym swetrze.
— Tak?
— Wodociągi.
Kobieta spojrzała za siebie, jakby chciała sprawdzić, czy w mieszkaniu rzeczywiście ma wodę.
— Jest jakaś awaria?
— Nie.
— To o co chodzi?
Lena nie miała dobrej odpowiedzi.
— Nie używa pani wody.
Kobieta patrzyła na nią przez kilka sekund.
— Wiem.
— Od trzech dni.
— Wiem.
— System zgłosił anomalię.
Kobieta roześmiała się. Nie złośliwie. Raczej ze zmęczenia.
— Weszłam w głodówkę.
— Bez wody?
— Piję butelkowaną.
Na podłodze w przedpokoju stały zgrzewki.
— Nie kąpie się pani?
— Nie.
— Nie używa toalety?
— Mam chemiczną.
Teraz Lena zobaczyła obok drzwi pudełko z foliowymi workami.
— Dlaczego?
Kobieta wzruszyła ramionami.
— Chciałam zobaczyć, czy ktoś zauważy.
Lena poczuła coś pod mostkiem. Nie ból. Raczej nagłą obecność własnego ciała.
— Kto?
— Ktokolwiek.
Wracając, Lena zatrzymała samochód przy Wiśle. Było zimno. Woda przesuwała się szeroko i obojętnie. Pomyślała, że rzeka jest największym przepływem w mieście i jedynym, którego nikt nie próbuje przypisać do konkretnego człowieka. Miliony litrów bez właściciela. Bez adresu. Bez profilu. Przez chwilę wydało jej się to luksusem.
W grudniu projekt miał zostać przedstawiony radzie miasta. Radecki przygotował prezentację. Na pierwszym slajdzie pojawiło się: WODA JAKO SYGNAŁ DOBROSTANU.
— Usuń — powiedziała Lena.
— Dlaczego?
— Brzmi jak reklama.
Zmienił na: ANOMALIE POBORU A RYZYKO BRAKU SAMODZIELNOŚCI.
— Jeszcze gorzej.
— To zaproponuj.
Lena myślała długo.
— Nieobecność.
— Co?
— Napisz: wykrywanie nieobecności.
— Ale przecież człowiek może być obecny.
— Właśnie.
Radecki spojrzał na nią.
— To bez sensu.
— Tak.
Zostawił poprzedni tytuł.
W noc przed prezentacją Lena obudziła się o trzeciej siedemnaście. Nie wiedziała dlaczego. Leżała przez chwilę, słuchając mieszkania. Lodówka. Kaloryfer. Rury. Wstała. Odkręciła kran w kuchni. Woda wypłynęła równym strumieniem. Potem zakręciła. Cisza. Odkręciła ponownie. Zakręciła. Zrobiła to jeszcze raz. Pomyślała nagle, że gdzieś na serwerze właśnie pojawiły się trzy małe impulsy. Ktoś, gdyby chciał, mógłby zobaczyć, że o trzeciej siedemnaście była przy zlewie. Nie wiedziałby dlaczego. Nie wiedziałby, że nie mogła spać. Nie wiedziałby, że stała boso na zimnych płytkach. Nie wiedziałby, że kilka godzin wcześniej rozmawiała przez telefon z córką, która powiedziała, że w tym roku nie przyjedzie na święta. Zobaczyłby tylko: 0,37 litra. Przerwa. 0,41. Przerwa. 0,35. Pomyślała, że dane są czymś przeciwnym do wspomnienia. Wspomnienie zachowuje znaczenie i gubi szczegóły. Dane zachowują szczegóły i gubią znaczenie.
Na prezentacji siedziało dwanaście osób. Prawnicy. Urzędnicy. Dyrektor wodociągów. Przedstawicielka opieki społecznej. Ktoś z biura cyfryzacji. Radecki mówił o modelu. Czułości. Fałszywych alarmach. Anonimizacji. Lena patrzyła na mapę miasta wyświetloną na ekranie. Każdy budynek był punktem. Każdy punkt zawierał setki lokali. Każdy lokal wytwarzał krzywą. Nagle pomyślała o wszystkich ludziach siedzących właśnie w łazienkach. O tych, którzy nalewali wodę do czajnika. Myli zęby. Podlewali rośliny. Płakali pod prysznicem. Napełniali psu miskę. Prali czyjąś koszulę. Zmywali krew z palca po skaleczeniu. Na mapie wszystkie te czynności wyglądały jednakowo. Małe zmiany ciśnienia.
— Pani Leno?
Zorientowała się, że ktoś ją o coś zapytał.
— Przepraszam.
Przedstawicielka opieki społecznej powtórzyła:
— Jak pani uważa, co właściwie ten system wykrywa?
Lena spojrzała na Radeckiego. Potem na mapę.
— Nie wiem.
W sali zrobiło się cicho.
— Jest pani współautorką projektu.
— Wiem.
— To jak to możliwe?
Lena zastanowiła się.
— Myśleliśmy, że wykrywamy ludzi, którzy przestali używać wody.
— A nie wykrywacie?
— Tak.
— Więc?
— Ale to tylko techniczny opis.
Ktoś przesunął krzesło.
— Jaki jest nietechniczny?
Lena spojrzała na własne dłonie.
— Wykrywamy moment, kiedy czyjeś życie przestaje oddziaływać na otoczenie w zwykły sposób.
Nikt nic nie powiedział.
— I co to znaczy? — zapytała w końcu prawniczka.
— Nie wiem.
Tym razem Lena uśmiechnęła się.
— Ale chyba dlatego warto sprawdzić.
Pilotaż zatwierdzono. Nie w całym mieście. W trzech dzielnicach. Z bardzo ograniczonym dostępem do danych. Alarm nie miał automatycznie oznaczać interwencji. Najpierw telefon. Później administrator. Dopiero potem służby. Prawnicy dodali siedem stron procedur. Radecki powiedział, że prawdopodobnie uratowali projekt właśnie dzięki temu, że Lena na najważniejsze pytanie odpowiedziała „nie wiem”.
— Ludzie ufają systemom, które czegoś nie wiedzą — powiedział.
— Nie.
— Nie?
— Ludzie ufają ludziom, którzy przyznają, że czegoś nie wiedzą.
— To właśnie powiedziałem.
— Nie.
Radecki roześmiał się.
Trzy miesiące później Lena znalazła na ekranie mieszkanie numer czterdzieści siedem. Pani Jadwiga. Przez chwilę poczuła zimno. Zużycie spadło do zera. Pierwsza doba. Druga. System podniósł alarm. Lena zadzwoniła. Nikt nie odebrał. Drugi numer. Nic. Pojechała. Na klatce pachniało zupą pomidorową. Zapukała.
— Pani Jadwigo?
Cisza. Administrator otworzył drzwi. Mieszkanie było puste. Łóżko pościelone. W kuchni kubek odwrócony do góry dnem. W łazience nowy prysznic. Na stole leżała kartka. Administrator przeczytał pierwszy. Potem podał ją Lenie. „Wyjechałam do córki. Wrócę w maju. Nie martwcie się.” Pod spodem, innym długopisem: „Pani Leno, tym razem cisza nic nie znaczy.” Lena przeczytała zdanie dwa razy. Potem poszła do łazienki. Przyłożyła stetoskop do pionu. W mieszkaniu wyżej ktoś odkręcił wodę. Niżej pracowała pralka. Jeszcze dalej ktoś spuścił wodę w toalecie. Wszystkie te drobne wydarzenia przechodziły przez metal i tworzyły jeden nieustanny szum. Pomiędzy nimi były przerwy. Dawniej Lena uważała, że to właśnie w przerwach znajduje się informacja. Teraz nie była już pewna. Zdjęła słuchawki. Przez otwarte drzwi łazienki widziała pusty przedpokój, buty pani Jadwigi ustawione równo przy ścianie i smugę światła wpadającą z kuchni. Mieszkanie było puste. Kobieta żyła. System miał rację. System się mylił. Oba zdania były prawdziwe. Lena odkręciła kran. Najpierw bardzo lekko. Woda spadła na metalową powierzchnię umywalki pojedynczymi kroplami. Każda z nich wchodziła teraz do sieci jako informacja. Po chwili odkręciła mocniej. Nie było żadnej potrzeby. Po prostu pozwoliła wodzie płynąć. Długo. Tak długo, aż administrator zajrzał do łazienki i zapytał:
— Co pani robi?
Lena spojrzała na strumień.
— Wprowadzam błąd.
Skorzystaj z audiobooka