Cicho o tym, a tu właśnie zmieniają nam prawa człowieka. Czym jest deklaracja kiszyniowska?
Jeszcze kilka lat temu podobna debata wydawałaby się politycznie niemożliwa. Europejska Konwencja Praw Człowieka była traktowana w Europie niemal jak nienaruszalny fundament powojennego porządku liberalnego. Dziś jednak coraz wyraźniej widać, że europejskie państwa zaczynają pytać nie tylko o to, jak chronić prawa człowieka, ale również o to, czy obecny sposób ich interpretowania nadal przystaje do świata masowych migracji, kryzysów granicznych, wojny hybrydowej i przeciążonych systemów społecznych. Właśnie w tym kontekście pojawia się tzw. deklaracja kiszyniowska przyjęta przez 46 państw Rady Europy podczas posiedzenia Komitetu Ministrów w stolicy Mołdawii.
Dokument dotyczy przede wszystkim migracji i relacji pomiędzy państwami narodowymi a Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu.
Formalnie deklaracja nie zmienia jeszcze prawa ani samej Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Jest jednak bardzo wyraźnym politycznym sygnałem, że europejskie rządy chcą wywierać presję na zmianę sposobu interpretowania konwencji przez Trybunał. Innymi słowy nie chodzi jeszcze o zmianę samych praw człowieka zapisanych w dokumentach, ale o zmianę ich praktycznego rozumienia w nowych realiach politycznych i społecznych. To właśnie tutaj zaczyna się cały paradoks. Prawa człowieka po II wojnie światowej budowano wokół przekonania, że istnieją pewne uniwersalne zasady, które nie powinny zależeć od politycznej koniunktury. Zakaz tortur, zakaz zbiorowych wydaleń, prawo do życia rodzinnego czy zasada non refoulement zakładająca, że człowieka nie można deportować do miejsca, gdzie grozi mu prześladowanie lub nieludzkie traktowanie, miały być ponadczasowe i odporne na presję polityczną. Tymczasem deklaracja kiszyniowska sugeruje, że współczesny świat generuje sytuacje, których twórcy konwencji po prostu nie przewidzieli.
Państwa europejskie argumentują dziś, że obecna linia orzecznicza ETPCz zbyt mocno ogranicza możliwość reagowania na nowe wyzwania migracyjne.
Chodzi przede wszystkim o łatwiejsze deportowanie migrantów skazanych za ciężkie przestępstwa, większą swobodę kontroli granic oraz możliwość szybszego reagowania na sytuacje określane jako wojna hybrydowa, kiedy migranci są wykorzystywani przez państwa trzecie jako narzędzie destabilizacji politycznej. W praktyce chodzi między innymi o doświadczenia Polski, Litwy czy Łotwy związane z granicą białoruską. Z perspektywy części europejskich rządów problem polega na tym, że Trybunał w Strasburgu przez lata stopniowo rozszerzał interpretację konwencji. Sama Europejska Konwencja Praw Człowieka z 1950 roku nie zawiera przecież rozbudowanych zapisów dotyczących migracji czy azylu. Jednak ETPCz poprzez kolejne wyroki budował szeroką ochronę migrantów właśnie na podstawie ogólnych zasad takich jak zakaz nieludzkiego traktowania czy prawo do życia rodzinnego. W efekcie państwa coraz częściej uznawały, że tracą możliwość samodzielnego prowadzenia polityki migracyjnej.
Krytycy deklaracji widzą jednak w tym bardzo niebezpieczny precedens. Organizacje zajmujące się prawami człowieka alarmują, że pod hasłem dostosowania prawa do współczesności może rozpocząć się proces stopniowego osłabiania całego systemu ochrony praw człowieka w Europie.
Szczególne obawy budzi sam język dokumentu, sugerujący, że zbyt silna ochrona migrantów może osłabiać społeczne zaufanie do systemu praw człowieka. Dla wielu prawników jest to bardzo ryzykowna logika, ponieważ prawa człowieka z definicji miały chronić jednostkę także wtedy, gdy większość społeczeństwa odwraca się od niej pod wpływem lęku, populizmu lub politycznej presji. Cała debata pokazuje też coś szerszego. Europa zaczyna coraz wyraźniej zderzać dwa porządki myślenia. Z jednej strony istnieje liberalna wizja praw człowieka jako uniwersalnego systemu ochrony jednostki. Z drugiej rośnie przekonanie, że państwa muszą odzyskać większą kontrolę nad bezpieczeństwem, granicami i stabilnością społeczną. Migracja staje się tutaj tylko najbardziej widocznym polem konfliktu. W tle znajdują się jednak również dużo głębsze procesy. Rosnące nierówności społeczne, kryzys mieszkaniowy, przeciążenie usług publicznych, polaryzacja polityczna i lęk przed utratą kontroli sprawiają, że część społeczeństw zaczyna postrzegać liberalny system praw człowieka nie jako gwarancję bezpieczeństwa, ale jako ograniczenie zdolności państwa do działania.
To właśnie dlatego debata o migracji staje się dziś de facto debatą o przyszłym modelu europejskiej demokracji.
Nie oznacza to jednak automatycznie, że prawa człowieka same w sobie się zmieniają. Bardziej chodzi o próbę redefinicji proporcji pomiędzy prawami jednostki a kompetencjami państwa. Problem polega na tym, że w praktyce każda reinterpretacja praw człowieka otwiera pytanie, gdzie kończy się elastyczność systemu, a zaczyna jego osłabianie. Na razie deklaracja kiszyniowska nie ma mocy prawnej. Nie zmienia automatycznie orzecznictwa ETPCz ani samej konwencji. Jest jednak początkiem politycznego procesu wywierania presji na Trybunał. W praktyce może to oznaczać kilka rzeczy. Po pierwsze państwa członkowskie będą próbowały wpływać na klimat polityczny wokół przyszłych wyroków Strasburga. Po drugie mogą pojawić się próby bardziej formalnych reform systemu konwencji. Po trzecie sam Trybunał może zacząć ostrożniej interpretować część przepisów, uwzględniając nowe realia polityczne i bezpieczeństwa.