Każda idea aspirująca do roli historycznej konieczności nosi w sobie pokusę totalitaryzmu
Być może współczesny świat nie cierpi na brak idei. Być może potrzebuje czegoś skromniejszego i skuteczniejszego: systemów, instytucji i algorytmów, które pozwalają ludziom dobrze żyć bez żądania od nich heroizmu. Każda wielka idea prędzej czy później spotyka człowieka, który mówi: nie. Dopóki idea pozostaje deklaracją, może obiecywać wszystko naraz. Wolność i równość, rozwój i bezpieczeństwo, autonomię jednostki i solidarność społeczną. Trudności zaczynają się w chwili, gdy ma zostać urzeczywistniona. Kiedy trzeba podjąć decyzję, rozdzielić zasoby, wyznaczyć granice, wskazać właściwy kierunek i ustalić, co zrobić z tymi, którzy nie zamierzają nim podążać. Wtedy wielka idea odkrywa swoje drugie oblicze. Nie może już tylko przekonywać. Musi wymagać. Naphta, jeden z dwóch wielkich nauczycieli i kusicieli Hansa Castorpa w Czarodziejskiej Górze Tomasza Manna, rozumie tę logikę doskonale. W czasie jednego ze sporów z Settembrinim kpi z jego mieszczańskiego szacunku dla życia i niechęci do przelewania krwi.
Uważa, że przekonanie o bezwzględnej wartości pojedynczego życia możliwe jest jedynie w spokojnych czasach, skupionych na bezpieczeństwie, wygodzie i zachowaniu istniejącego porządku.
Gdy jednak historię zaczyna poruszać idea wykraczająca poza bezpieczeństwo, coś ponadindywidualnego i większego od człowieka, życie jednostki zostaje jej podporządkowane. Ludzie nie tylko są składani w ofierze. Sami zaczynają uważać poświęcenie za zaszczyt.
Naphta jest fanatykiem, ale właśnie dlatego potrafi wypowiedzieć na głos coś, co umiarkowani idealiści wolą przemilczeć. Każda idea, która chce naprawdę zmienić świat, musi uznać, że istnieje coś ważniejszego niż jednostkowe pragnienia. Naród, klasa społeczna, religia, rewolucja, postęp, przyszłe pokolenia, bezpieczeństwo państwa albo ocalenie planety. Wielki cel staje się miarą dobra, a człowiek zaczyna być oceniany według tego, czy pomaga go osiągnąć. Nie oznacza to, że każda idea jest totalitarna. Oznacza jednak, że każda idea aspirująca do roli historycznej konieczności nosi w sobie pokusę absolutyzmu. Skoro cel jest bezdyskusyjnie słuszny, sprzeciw wobec niego nie może być już zwykłą różnicą zdań. Staje się egoizmem, ignorancją, zacofaniem, zdradą albo działaniem na rzecz zła. Przeciwnika nie trzeba słuchać, ponieważ sam fakt, że się sprzeciwia, świadczy o jego moralnym błędzie.
Właśnie tutaj pojawia się sprzeczność obecna w wielu współczesnych projektach emancypacyjnych.
Z jednej strony bronią prawa człowieka do samostanowienia, wyboru własnego sposobu życia i uwolnienia się od narzuconych ról. Z drugiej strony chcą radykalnie przekształcić społeczeństwo, gospodarkę, kulturę i język. Te dwa cele mogą przez długi czas współistnieć, ale nie są tożsame. W pewnym momencie indywidualny wybór może przecież okazać się niezgodny z pożądanym kierunkiem społecznej zmiany. Co wtedy powinno zwyciężyć: wolność jednostki czy sprawiedliwość zbiorowa? Naphta powiedziałby, że samo pytanie jest naiwne. Jeżeli naprawdę wierzymy w sprawiedliwość, musimy być gotowi ograniczyć wolność tych, którzy stoją jej na drodze. Idea, która nie potrafi niczego narzucić, niczego zakazać i niczego od człowieka zażądać, nie jest wielką ideą. Jest jedynie propozycją stylu życia. Ta sprzeczność nie dotyczy wyłącznie lewicy. Prawica robi dokładnie to samo, gdy podporządkowuje jednostkę narodowi, tradycji, rodzinie, religii albo bezpieczeństwu. W obu przypadkach człowiek jest wolny pod warunkiem, że wybiera właściwie. Wolno mu decydować o sobie, dopóki jego decyzje potwierdzają wartości wspólnoty.
Kiedy zaczyna żyć inaczej, okazuje się, że jego autonomia była jedynie czasowo tolerowanym przywilejem.
Naphta jest zresztą skonstruowany właśnie po to, aby rozsadzać wygodne podziały na lewicę i prawicę. Łączy jezuicki rygoryzm z rewolucyjnym komunizmem, religijną ascezę z dyktaturą proletariatu, pogardę dla mieszczaństwa z fascynacją przemocą. Dostrzega, że skrajności spotykają się nie dlatego, że głoszą te same wartości, ale dlatego, że podobnie traktują człowieka. Jednostka ma sens o tyle, o ile uczestniczy w czymś większym od siebie. Naphta odrzuca liberalne rozumienie wolności, według którego człowiek jest wolny, kiedy może samodzielnie wybierać, rozwijać własną osobowość i układać życie zgodnie ze swoimi pragnieniami. Uważa ten model za mieszczański, egoistyczny i historycznie wyczerpany. Dla niego człowiek nie osiąga pełni przez rozwijanie własnego 'ja’, ale przez przekroczenie i zanegowanie tego 'ja’. Jednostka ma się podporządkować czemuś większemu: Bogu, Kościołowi, wspólnocie, rewolucji, proletariatowi, dziejowej konieczności. Posłuszeństwo jest więc dla niego rodzajem wyzwolenia, ale nie wyzwolenia od władzy. Jest wyzwoleniem od samego siebie. Settembrini próbuje się przed tą logiką bronić. Opowiada się za humanizmem, prawami człowieka, demokracją i wolnością. Twierdzi, że państwo powinno służyć doskonaleniu człowieka, a nie jego zniewoleniu. Jednak nawet jego wizja nie jest wolna od napięcia. Settembrini także marzy o nowym Jeruzalem, o doskonalszej ludzkości i zjednoczonym świecie. Także on chce wychowywać ludzi, prowadzić ich ku światłu i odróżniać postęp od reakcji. Kiedy Hans pyta, czy przyjęcie wspólnego światopoglądu nie byłoby sprzeczne z tolerancją, Settembrini odpowiada, że tolerancja wobec zła sama staje się zbrodnią.
To moment, w którym humanista zaczyna mówić językiem fanatyka.
Nie dlatego, że jego wartości są fałszywe. Dlatego, że również on pragnie dla nich zwycięstwa. A każda idea, która chce zwyciężyć całkowicie, musi wcześniej ustalić, czego nie będzie tolerować. Być może właśnie z tego powodu współczesny świat wydaje się pozbawiony wielkiej idei. Być może nie jest to wyłącznie oznaka wyczerpania, cynizmu czy braku wyobraźni. Może jest to pamięć o cenie, jaką płaciliśmy za idee obiecujące stworzenie nowego człowieka, nowego społeczeństwa i nowego świata. Wielkie projekty XX wieku pozostawiły po sobie nie tylko symbole i manifesty, lecz także ludzi uznanych za koszt konieczny, przeszkodę na drodze postępu albo materiał, z którego miała powstać przyszłość. Nie znaczy to, że możemy żyć bez wartości. Społeczeństwo zawsze musi podejmować decyzje, które ograniczają jednych, aby chronić innych. Absolutna wolność jednostki nie istnieje, ponieważ wolności ludzi nieustannie się ze sobą zderzają. Różnica polega jednak na tym, czy ograniczenie traktujemy jako wyjątkowy, podlegający kontroli koszt, czy jako moralnie uszlachetniającą ofiarę.
Liberalna demokracja nie obiecuje świata bez poświęceń. Jej największym osiągnięciem jest coś skromniejszego: próba ograniczenia liczby ludzi, których można poświęcić, oraz stworzenie procedur pozwalających im się bronić. Prawo, sądy, podział władzy, możliwość odwołania i ochrona mniejszości są mało porywające właśnie dlatego, że mają zatrzymać moment, w którym idea zaczyna uważać się za ważniejszą od człowieka.
Ale dzisiaj być może nawet ten język nie wystarcza. Samo powtarzanie słów o demokracji, wolności, równości i solidarności coraz rzadziej zmienia rzeczywistość. Ludzie nie tracą zaufania do systemu dlatego, że nie przeczytali właściwego manifestu. Tracą je, gdy nie mogą znaleźć mieszkania, dostać się do lekarza, dojechać do pracy, zapewnić opieki swoim dzieciom albo zrozumieć decyzji podejmowanych przez instytucje i algorytmy.
Być może więc nie potrzebujemy nowej wielkiej idei. Potrzebujemy lepszej infrastruktury.
Infrastruktura różni się od ideologii tym, że nie musi mówić ludziom, kim powinni być. Dobrze działający transport publiczny nie określa właściwego modelu życia, lecz zwiększa liczbę miejsc, w których możemy żyć i pracować. Dostępna opieka nad dziećmi nie rozstrzyga, jak powinna wyglądać rodzina, lecz daje jej członkom więcej możliwości. Publiczna ochrona zdrowia nie pyta o światopogląd pacjenta. Tanie mieszkania, sprawna energetyka, dobre szkoły i przejrzyste usługi cyfrowe nie wymagają wspólnej wiary. Tworzą warunki, w których różni ludzie mogą realizować różne wizje dobrego życia. Oczywiście infrastruktura również nie jest neutralna. Każda droga, sieć, platforma i procedura odzwierciedla jakieś wartości. Decyduje, kto ma dostęp, kto ponosi koszt, co jest premiowane, a co utrudniane. Jej przewaga polega jednak na tym, że może poszerzać wolność bez narzucania jednego celu. Nie wymaga nawrócenia. Wymaga działania.