Polacy przestali bać się galerii. Jak zmieniło się Warsaw Gallery Weekend? 

O publiczności, która zaczęła traktować sztukę jako część stylu życia, młodych artystach, polskiej scenie i kolekcjonowaniu rozmawiamy z Joanną Witek-Lipką, dyrektorką WGW od ośmiu lat związaną z Warsaw Gallery Weekend.
.get_the_title().

Jeszcze kilka lat temu galeria sztuki współczesnej mogła wydawać się miejscem dla wtajemniczonych. Dziś coraz częściej jest elementem miejskiego stylu życia: odwiedzamy ją ze znajomymi, fotografujemy się na wystawach, śledzimy artystów w mediach społecznościowych, a czasem zaczynamy myśleć o pierwszym zakupie. O tym, jak w ciągu ostatnich lat zmieniła się publiczność, rynek i samo Warsaw Gallery Weekend, rozmawiamy z Asią Witek-Lipką, od ośmiu lat związaną z WGW.

Jeszcze niedawno wejście do galerii sztuki współczesnej wymagało pewnej odwagi. Nie tej potrzebnej do przekroczenia progu, ale raczej odwagi przyznania, że nie do końca wiemy, na co patrzymy. Czy można wejść bez zaproszenia? Czy ktoś zapyta, kim jest artysta? Czy trzeba coś wiedzieć? I wreszcie: czy wypada zapytać o cenę?

Dziś ten niepisany regulamin powoli przestaje obowiązywać. Galeria staje się miejscem bardziej otwartym, a sztuka współczesna coraz wyraźniej wychodzi poza grupę zawodowych kolekcjonerów, kuratorów i osób związanych ze środowiskiem artystycznym.

Dobrze widać to podczas Warsaw Gallery Weekend. Asia Witek-Lipka pracuje przy wydarzeniu od ośmiu lat i z tej perspektywy obserwuje zmianę nie tylko samego WGW, ale całego ekosystemu sztuki.

Zdjęcia: Bartosz Górka, Piotr Czyż 

Marta Jerin-Dąbrowska, F5: Pracujesz przy Warsaw Gallery Weekend od ośmiu lat. Co najbardziej się zmieniło przez ten czas?

Joanna Witek-Lipka, dyrektorka WGW: Sam projekt bardzo się zmienił i rozwinął. Osiem lat temu o co innego w nim chodziło i o co innego chodzi teraz. Rynek się zmienił, cały ekosystem się zmienił, galerii jest więcej. Wzmocniliśmy się też instytucjonalnie.

Myślę, że sztuka najnowsza jest zawsze takim papierkiem lakmusowym tego, co dzieje się w społeczeństwie. Widać w niej zmiany, które zachodzą wokół nas. Tematy, które były ważne osiem lat temu, również trochę się zmieniły. Oczywiście są takie, które powracają od lat jak kwestie klimatu czy gender, ale zmienia się sposób, w jaki są podejmowane.

Na pewno bardzo zmieniła się też pozycja kobiet w najnowszej sztuce. W ciągu ostatnich ośmiu–dziesięciu lat kobiety znalazły się w centrum zainteresowania, zarówno jeśli chodzi o artystki, jak i narracje kuratorskie. 

A jak zmieniło się samo Warsaw Gallery Weekend?

Kiedy zaczynałam, przede wszystkim walczyliśmy o publiczność. O uwagę. O to, żeby wydarzenie miało odpowiednią masę i żeby ludzie w ogóle przyszli do galerii. W pewnym momencie coś się przestawiło. WGW stało się rozpoznawalnym wrześniowym wydarzeniem, trochę marką samą w sobie i wtedy mogliśmy zacząć skupiać się na innych celach.

Zaczęliśmy mocniej pracować nad tym, co dzieje się z publicznością. Bo kiedy już ją mieliśmy pojawiło się pytanie: świetnie, że ludzie przychodzą raz w roku, ale co zrobić, żeby wracali do galerii częściej?

Dlatego zaczęliśmy rozwijać program towarzyszący. Wraz z rozwojem wydarzenia zaczęliśmy też mocniej wspierać środowiska artystyczne. Przeznaczamy część środków na twórców pracujących w mniej popularnych mediach, na performance, warsztaty czy działania skierowane do konkretnych grup odbiorców.

Robimy też oprowadzania sensoryczne, wydarzenia z tłumaczeniem na polski język migowy, programy dla dzieci. Zmieniliśmy się w fundację i mamy ambicję działać przez cały rok, wspierać artystów i promować program galerii.

Czyli WGW przestało być tylko jednym weekendem w roku?

Zdecydowanie. Chcemy, żeby to wydarzenie było początkiem relacji z galerią, a nie jej końcem, żeby ludzie wracali do galerii w listopadzie czy lutym, żeby wiedzieli, że mogą wejść, zapytać, porozmawiać z osobą pracującą w galerii.

Myślę, że to jest bardzo ważne, bo sztuka współczesna nadal ma wizerunek czegoś hermetycznego i niezrozumiałego. A WGW stara się przełamywać barierę. 

Co właściwie sprawiło, że publiczność zaczęła przychodzić?

Trudno wskazać jeden moment. Na pewno przełomowa była pandemia i edycja WGW w 2020 roku. Był to moment tuż przed kolejnym lockdownem i ludzie bardzo potrzebowali wyjść, odżyć. Nałożył się na to również boom na rynku, różne nowe zjawiska jak NFT. Ludzie próbowali gdzieś lokować i kumulować swoje zasoby. Wydarzyło się też coś kulturowego. 

Co masz na myśli?

Od kilku lat po każdej edycji WGW na Tinderze pojawia się dużo zdjęć z wystaw, co pokazuje, że zdjęcie w galerii stało się pewnym kodem kulturowym. Mówi: „wiem, co się dzieje”, „interesuję się kulturą”, „należę do pewnej grupy”.

Czyli galeria zaczyna być częścią stylu życia?

Tak. Myślę, że dla niektórych ludzi zdecydowanie. Jest coś bardzo uzależniającego w konsumowaniu kultury. Sztuka w swoim najlepszym wydaniu dostarcza doświadczeń trochę podobnych do religijnych uniesień. Współczesnemu człowiekowi jest to potrzebne, pozwala się zatrzymać i zadać sobie pytania, których w innych sytuacjach już tak często sobie nie zadajemy.

Sztuka potrafi zatrzymać człowieka w tym całym nadmiarze.

A jednak wiele osób nadal boi się wejść do galerii.

Tak. I myślę, że to jest jedna z największych barier. Ludzie boją się, że nie będą wiedzieli, jak się zachować albo czego właściwie mają szukać. Dlatego WGW jest dobrym momentem, żeby zacząć. Posłuchać, zobaczyć, jak to działa, a potem wiedzieć, że można robić to częściej.

Czy młodzi odbiorcy mają z tym mniejszy problem?

Mam wrażenie, że młodsze pokolenie trochę mniej boi się zadawać pytania i wychodzić do ludzi. Jest też bardziej przyzwyczajone do takiego bywania, więc galeria może je mniej peszyć. Z drugiej strony zmieniają się również sami artyści. Myślę, że młodzi twórcy coraz lepiej rozumieją, że sztuka, szczególnie najnowsza, w gąszczu różnych bodźców wizualnych nie zawsze sama się opowie. Czasami potrzebuje komentarza czy kontekstu.

Czy to nie zabiera sztuce trochę tajemnicy?

Właśnie nie. Dla mnie to jest część przyjemnego doświadczenia z nową sztuką. Najpierw patrzymy na coś i mamy prostą reakcję: podoba mi się, nie podoba mi się, czasami nas śmieszy. A potem poznajemy historię pracy i nagle zaczynamy patrzeć zupełnie inaczej. To jest trochę tak, jakby otwierały nam się oczy. 

Wspomniałaś o młodych artystach. Czy widzisz dziś jakieś wspólne zjawiska w ich twórczości?

Oczywiście istnieją pewne trendy czy raczej zjawiska. Są tematy, które wracają gender, kryzys klimatyczny i inne kwestie społeczne. Od dłuższego czasu króluje też malarstwo figuratywne. Abstrakcja ma teraz trochę gorszy czas. Malarstwo nadal jest najbardziej obecne w sztuce najnowszej, choć oczywiście nie oznacza to, że nie ma rzeźby czy fotografii.

Widać też sporo malarstwa trochę onirycznego, takiego lekko magicznego, ocierającego się o realizm magiczny.

Staram się nie oceniać tych zjawisk. Jeśli spojrzymy na historię sztuki, trudno oczekiwać, żeby artyści byli całkowicie oderwani od tego, co dzieje się wokół nich.

A co z młodymi artystami, którzy omijają galerie i sami budują swoją markę w mediach społecznościowych?

Jest wiele różnych obiegów sztuki i ja tego absolutnie nie krytykuję. Jestem za tym, żeby twórcy żyli ze swojej twórczości i żeby w Polsce dało się na niej utrzymać. My natomiast, jako Warsaw Gallery Weekend, jesteśmy częścią konkretnego fragmentu tego ekosystemu. Interesuje nas taki jego segment, który buduje instytucjonalne i międzynarodowe kariery artystów.

Galerie robią wystawy indywidualne, współpracują z instytucjami, pomagają artystom pojawiać się najpierw na wystawach grupowych, później indywidualnych. Jeżdżą z nimi na targi w Polsce i na świecie. Inwestują w to bardzo duże pieniądze. Wszystko po to, żeby pomóc artyście zbudować trwałą karierę.

A mimo to ludzie często boją się kupować sztukę.

Myślę, że bardzo często boją się własnej oceny. Wartość inwestycyjna jest wymierna, ale nie jest obiektywna. Tymczasem pomijamy bardzo ważny aspekt: wartość sztuki polega również na tym, co ta sztuka nam robi. Jak się czujemy, kiedy mamy ją w swojej przestrzeni.

Miałam sytuacje, w których osoby bardzo sceptyczne wobec sztuki, na przykład pracujące w firmach posiadających kolekcję, z czasem zaczynały mieć do tych prac bardzo emocjonalny stosunek. Zaczynali chodzić na oprowadzania, interesować się nimi, a później dochodzili do wniosku, że sami chcieliby coś takiego mieć w domu.

Czy ceny nadal są dużą barierą?

Myślę, że ludzie automatycznie zakładają, że sztuka jest droga i że ich na nią nie stać.

Tymczasem przedział cenowy w galeriach jest bardzo szeroki. Wyobraźnię rozpala malarstwo, ponieważ do przeciętnego odbiorcy docierają przede wszystkim rekordy aukcyjne. A to jest rynek wtórny i trochę inna sytuacja. Na rynku pierwotnym ceny również mogą być bardzo wysokie, ale to nie oznacza, że tylko takie są. Dlatego zachęcałabym ludzi, żeby ośmielili się pytać o ceny.

Zmieńmy perspektywę. Jak zmieniło się miejsce Polski na międzynarodowej scenie sztuki?

Bardzo mocno wierzę w to, że Polska może być kojarzona ze sztuką i kulturą, i że sztuka może być wizytówką Polski. Mam poczucie, że redefiniuje się teraz to, czym jest Polska i polskość. I bardzo się cieszę, że możemy zbudować tę tożsamość również poprzez kulturę.

Czyli odwraca się sytuacja, w której to my jeździliśmy za granicę, żeby zobaczyć, co dzieje się w sztuce?

Tak, mam wrażenie, że coś się odwraca. Mam wrażenie, że w Polsce jest energia, że nam się wszystkim jeszcze bardzo chce.

WGW ma dziś również sekcję WGW+. Po co była potrzebna?

Chodziło o to, żeby nie zamykać się na ciekawe projekty wystawiennicze tylko dlatego, że dana galeria jest z Krakowa, Poznania, Szwecji albo działa w innym modelu. WGW+ obejmuje galerie spoza Warszawy, często spoza Polski, ale również kolektywy czy instytucje. To pozwala nam trochę szerzej mapować scenę.

 

SPOŁECZEŃSTWO