Rekordowe inwestycje w centra danych nie tworzą nowych miejsc pracy dla ludzi
Największy boom inwestycyjny epoki sztucznej inteligencji nie przypomina wcześniejszych fal industrializacji. Budowa fabryk samochodów, hut czy zakładów elektronicznych oznaczała zwykle powstawanie tysięcy miejsc pracy. Tymczasem miliardy dolarów przeznaczane obecnie na infrastrukturę AI trafiają przede wszystkim do budynków, serwerów, układów scalonych, systemów chłodzenia i energetyki.
Powstaje potężna infrastruktura obliczeniowa, ale nie towarzyszy jej proporcjonalny wzrost zatrudnienia.
Według szacunków McKinsey do 2030 roku globalne nakłady na centra danych mogą sięgnąć 6,7 biliona dolarów. Około 5,2 biliona ma zostać przeznaczone na obiekty przystosowane do obsługi sztucznej inteligencji, a ponad 40 procent całej kwoty może zostać zainwestowane w Stanach Zjednoczonych. To jedna z największych fal inwestycji infrastrukturalnych we współczesnej historii gospodarczej. Skala wydatków może jednak wprowadzać w błąd. W Cedar Rapids w stanie Iowa powstają dwa wielkie kompleksy centrów danych. Google zobowiązał się do zainwestowania co najmniej 576 milionów dolarów i utworzenia… zaledwie 31 pełnoetatowych miejsc pracy. QTS, firma należąca do funduszu Blackstone, planuje inwestycję o wartości co najmniej 750 milionów dolarów, która ma zagwarantować tylko 30 stałych etatów.
Łącznie mówimy więc o nakładach wynoszących co najmniej 1,326 miliarda dolarów i zaledwie 61 gwarantowanych miejscach pracy.
Oznacza to ponad 21,7 miliona dolarów kapitału przypadającego na jedno stałe stanowisko. Oczywiście nie jest to dosłowny koszt utworzenia etatu. Pokazuje jednak zasadniczą cechę nowej gospodarki AI: jej rozwój wymaga ogromnej ilości kapitału, energii i sprzętu, lecz stosunkowo niewielkiej liczby pracowników. Centra danych są z natury obiektami wyjątkowo mało pracochłonnymi. Po zakończeniu budowy większość procesów związanych z działaniem serwerów, chłodzeniem, bezpieczeństwem i kontrolą infrastruktury jest zautomatyzowana. Potrzebni są wysoko wykwalifikowani technicy, inżynierowie, elektrycy i pracownicy ochrony, ale nawet bardzo duży kampus może funkcjonować dzięki kilkudziesięciu osobom. Dane z Illinois pokazują, że nie jest to wyjątek. Spośród 27 centrów danych korzystających ze stanowych ulg podatkowych aż 22 utworzyły dokładnie wymagane prawem minimum 20 miejsc pracy. Tylko jeden obiekt zgłosił powstanie więcej niż 30 stałych stanowisk. Jednocześnie władze stanowe oferują inwestorom zwolnienia podatkowe obejmujące serwery, sprzęt komputerowy, oprogramowanie, elementy infrastruktury, a czasami również zużywaną energię. Obecnie specjalne zachęty podatkowe dla centrów danych funkcjonują w 38 amerykańskich stanach. Firmy i lokalne władze podkreślają zwykle liczbę miejsc pracy powstających podczas budowy. Rzeczywiście, przy realizacji wielkiego centrum danych może pracować nawet ponad tysiąc osób. Są to jednak stanowiska tymczasowe, które znikają po ukończeniu obiektu. Nie należy więc utożsamiać kilkuletniego boomu budowlanego z trwałym rozwojem lokalnego rynku pracy.
Nie oznacza to, że centra danych nie przynoszą żadnych korzyści gospodarczych.
Analiza Brookings Institution obejmująca około 770 amerykańskich obiektów wykazała, że pojawienie się pierwszego dużego centrum danych może zwiększyć zatrudnienie w całym hrabstwie, szczególnie w budownictwie, telekomunikacji i usługach informatycznych. Badacze ostrzegają jednak, że proste porównywanie regionów posiadających centra danych z pozostałymi może zawyżać ich wpływ na rynek pracy nawet trzykrotnie. Znaczenie ma także lokalizacja. Badacze Georgia Tech wskazują, że w regionach wiejskich centra danych zatrudniają zazwyczaj mniej niż 100 stałych pracowników, a specjalistyczne usługi często sprowadzane są spoza miejscowej społeczności. W takich warunkach oczekiwany efekt mnożnikowy może w ogóle się nie pojawić. Spadek bezrobocia bywa niewielki, a obiecywany przez inwestorów wzrost płac i zatrudnienia nie następuje automatycznie.
Centra danych stają się więc symbolem nowego rodzaju wzrostu gospodarczego: kapitałochłonnego, energochłonnego i coraz mniej pracochłonnego.
Ich głównym produktem nie są miejsca pracy, lecz moc obliczeniowa. Tworzą infrastrukturę, dzięki której sztuczna inteligencja może przejmować kolejne zadania wykonywane dotąd przez ludzi, ale sama budowa tej infrastruktury nie rekompensuje zatrudnienia, które automatyzacja może z czasem ograniczyć. To zasadnicza różnica między poprzednią a obecną rewolucją przemysłową. Dawne wielkie inwestycje tworzyły fabryki pełne ludzi. Dzisiejsze wielkie inwestycje tworzą fabryki obliczeń: kosztujące miliardy dolarów, zużywające ogromne ilości energii i funkcjonujące dzięki kilkudziesięciu pracownikom.