Giełda prawdopodobieństw? Dlaczego Polymarket to coś więcej niż crypto-ciekawostka

Wyobraź sobie sondaż, giełdę i Twittera wrzucone do jednego blendera. Tak w skrócie działa Polymarket platforma, na której użytkownicy wyceniają przyszłość, stawiając prawdziwe pieniądze na to, co się wydarzy. Czy da się wycenić niepewność?
.get_the_title().

Świat wygląda dziś jak wykres w trybie live: skoki, korekty, nagłe załamania. Polityka przypomina reality show, giełda emocjonalny rollercoaster, a media społecznościowe produkują opinie szybciej, niż ktokolwiek zdąży je zweryfikować. W tej rzeczywistości naturalnie pojawia się pytanie: skoro wszystko i tak jest niepewne, to czy da się tę niepewność wycenić? Właśnie na tym założeniu działa Polymarket, platforma, która w ostatnich latach stała się jednym z najbardziej niepokojących i fascynujących zarazem fenomenów internetu.

Polymarket sprzedaje prawdopodobieństwo. Użytkownicy kupują i sprzedają udziały w konkretnych scenariuszach: czy dana ustawa przejdzie, czy dojdzie do konfliktu zbrojnego, kto wygra wybory, a czasem. Każdy kontrakt ma cenę od 0 do 1 dolara. Ta cena to zbiorowa opinia rynku, wyrażona w pieniądzu. Jeśli coś kosztuje 0,72 — rynek uważa, że ma 72% szans na realizację.

Opinia kosztuje. Pieniądz filtruje emocje, clickbait i ideologię. Polymarket agreguje tysiące mikro-decyzji podejmowanych przez ludzi, którzy ryzykują realne środki. To dlatego rynki predykcyjne często okazują się celniejsze niż klasyczne prognozy ekspertów i dlatego platforma zaczęła przyciągać uwagę instytucji finansowych oraz mediów biznesowych.

Od narzędzia anty-fake newsowego

Platforma powstała w czasie pandemicznego lockdownu, jako eksperyment. Z czasem jednak Polymarket urósł w coś znacznie większego barometr nastrojów globalnych, który reaguje szybciej niż redakcje i chłodniej niż Twitter. Prawdziwy boom przyszedł wraz z wielkimi wydarzeniami politycznymi. Wykresy Polymarketu zaczęły żyć własnym życiem, a screeny z platformy krążyły w sieci jako nowa forma komentarza: 'nie wierzysz mediom? zobacz, co mówi rynek’.

Na Polymarkecie można handlować nie tylko wynikami wyborów czy decyzjami banków centralnych, ale też scenariuszami dotyczącymi wojen, kryzysów i ludzkich tragedii. Dla jednych to chłodna analiza ryzyka. Dla innych przekroczenie granicy, po której wszystko staje się towarem. Dochodzi do tego kwestia anonimowości, podejrzeń o handel informacją poufną oraz wpływu największych graczy, którzy mogą przesuwać ceny i narracje.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Polymarket (@polymarket)

Polymarket bardzo chce być postrzegany jako narzędzie poznawcze i nowoczesna forma prognozowania przyszłości. Krytycy widzą w nim raczej cyfrowe kasyno dla klasy informacyjnej, w którym historia staje się instrumentem finansowym. Prawda leży gdzieś pośrodku. Bo nawet jeśli to tylko 'kolektywna prognoza’, to jednak taka, która coraz częściej wpływa na sposób, w jaki mówimy o świecie.

Nie trzeba korzystać z platformy, by zrozumieć jej znaczenie. Polymarket to symptom epoki, w której: nie ufamy autorytetom, ufamy rynkom, a przyszłość przestaje być opowieścią, a staje się wykresem. I być może właśnie dlatego budzi tak duży niepokój: bo pokazuje, jak bardzo chcemy wierzyć, że chaos da się sprowadzić do liczby po przecinku.

A gdzie w tym wszystkim Polska?

Choć Polymarket nie działa legalnie w Polsce i dla większości użytkowników pozostaje raczej ciekawostką z zagranicy niż realnym narzędziem inwestycyjnym, to Polacy zdecydowanie go podglądają. Screeny z kursami krążą po X i Reddicie, głównie wśród osób zainteresowanych rynkami, polityką i kryptem, często jako alternatywny komentarz do sondaży albo medialnych narracji. Traktowany jest raczej jak barometr nastrojów Zachodu niż źródło prawdy, coś pomiędzy memem a nieoficjalnym wskaźnikiem 'co myśli internet’. Na razie bez dużych influencerów. Polymarket wpisuje się w polski sposób konsumowania globalnych trendów z dystansem, ironią i ciągłym sprawdzaniem, czy to na pewno ma sens.

SPOŁECZEŃSTWO