Nic z tego, co widzieliście w polskim LOVE IS BLIND nie jest prawdą. To wszystko było wyreżyserowane

Granica między rzeczywistością a fikcją została tak skutecznie zatarta, że czasami łatwiej uwierzyć w wielką mistyfikację niż w to, że życie rzeczywiście potrafi być aż tak idealnie zmontowane.
.get_the_title().

Istnieją co najmniej trzy rzeczy, w które dorosły człowiek nie powinien wierzyć. Zdjęcia jedzenia w menu, obietnice polityków przed wyborami i produkcje Netflixa. Czy ja właśnie oglądam eksperyment społeczny? Program randkowy? Czy może najbardziej ambitny serial fabularny od czasów Twin Peaks? Bo umówmy się. Coś tutaj się nie zgadza. Przeciętny człowiek ma problem z powiedzeniem partnerowi po trzech latach związku, że nie lubi jego matki. Tymczasem uczestnicy programu po trzydziestu minutach rozmowy są gotowi opowiedzieć obcej osobie o traumach z dzieciństwa, relacji z ojcem, swoich lękach, problemach z samooceną i wpływie rozwodu rodziców na ich postrzeganie miłości. I robią to przed kamerą. Przypomnijmy, mówimy o osobach, które w większości nie są celebrytami, nie są prezenterami telewizyjnymi i nie spędziły życia na scenie. A mimo to potrafią siedzieć w idealnym świetle, mówić pełnymi zdaniami, formułować błyskotliwe refleksje o miłości i jeszcze wyglądać przy tym tak, jakby kompletnie zapomnieli o obecności kilkunastu osób z ekipy produkcyjnej. Każdy, kto choć raz próbował nagrać rolkę na Instagram albo wystąpić publicznie przed grupą dwudziestu osób, wie, że ludzie nie działają w ten sposób. Kamera nie sprawia, że stajemy się bardziej autentyczni. Zwykle sprawia dokładnie odwrotny efekt.

Jeżeli ktoś uważa, że tak wygląda normalna rozmowa między dwojgiem ludzi, to mam dla niego złą wiadomość. Większość Polaków nie jest w stanie zamówić kebaba przez telefon bez lekkiego stresu.

A tutaj proszę bardzo. Dziesięć minut znajomości i nagle rozpoczyna się wykład TED o własnej duszy. Co więcej, wszyscy uczestnicy mówią zaskakująco podobnym językiem. Nikt nie mówi zwyczajnie. Nikt nie mówi, że nie wie. Nikt nie odpowiada półsłówkami. Wszyscy natomiast niezwykle sprawnie operują słownikiem współczesnej psychologii. Każdy coś przepracował. Każdy coś zaakceptował. Każdy czegoś się nauczył. Każdy postawił granice. Każdy przeszedł proces. Przypadek? Możliwe. Tak samo jak przypadkiem wszyscy bohaterowie seriali kryminalnych mają idealnie zarysowane łuki narracyjne. Potem pojawiają się zwroty akcji. I tutaj zaczyna się prawdziwa magia. W prawdziwym życiu problemy przychodzą zwykle w najbardziej nudny sposób. Ktoś przestaje odpisywać. Ktoś traci zainteresowanie. Ktoś dochodzi do wniosku, że jednak nic z tego nie będzie. Tymczasem w programie każdy konflikt pojawia się dokładnie wtedy, kiedy powinien. Każda rozmowa podnosi stawkę. Każda wizyta rodziny wnosi nowe napięcie. Każda kolejna scena dokłada cegiełkę do idealnie skonstruowanej dramaturgii.

Oglądając to, człowiek zaczyna mieć wrażenie, że życie nagle nauczyło się zasad pisania scenariuszy telewizyjnych.

I właśnie tutaj dochodzimy do sedna problemu. Życie nie pisze takich historii. Życie jest chaotyczne. Życie jest nieporadne. Życie jest pełne niezręcznych pauz, źle dobranych słów i rozmów, które prowadzą donikąd. Tymczasem w Love Is Blind niemal każda scena ma początek, rozwinięcie i puentę. Każda emocja pojawia się w odpowiednim momencie. Każde napięcie rośnie dokładnie tak, jak powinno. Każda relacja przypomina miniaturową fabułę. To trochę tak, jakbyśmy uwierzyli, że ktoś wszedł do lasu i przypadkiem znalazł gotową autostradę. Załóżmy na chwilę, że wszyscy byli aktorami, a Love Is Blind Polska okazało się najbardziej ambitną mistyfikacją w historii polskiej telewizji. Nagle wiele rzeczy zaczyna układać się w zaskakująco logiczną całość. Perfekcyjnie skonstruowane historie. Ludzie, którzy od pierwszych minut potrafią opowiadać o swoich emocjach z precyzją godną bohaterów serialu psychologicznego. Konflikty pojawiające się dokładnie wtedy, kiedy powinny. Rodziny wchodzące do akcji niczym postacie drugiego planu doskonale wiedzące, kiedy podbić dramaturgię. Zwroty akcji rozłożone z dokładnością scenarzysty Netflixa. Gdyby okazało się, że uczestnicy otrzymali role, a cały program był starannie wyreżyserowanym eksperymentem społecznym, wielu widzów prawdopodobnie nie poczułoby szoku. Wręcz przeciwnie. Mogliby odetchnąć z ulgą, że wreszcie znaleźli wyjaśnienie dla tej nadnaturalnej ilości samoświadomości, emocjonalnej elokwencji i telewizyjnej perfekcji.

SURPRISE