Czy jesteśmy gotowi na limity emisji?
Wyobraź sobie, że kupujesz bilet lotniczy na wakacje. Wszystko przebiega normalnie. Wybierasz miejsce przy oknie, dopłacasz za bagaż, potwierdzasz płatność. Nagle na ekranie pojawia się komunikat: pozostało ci 18 procent rocznego limitu emisji CO₂. Jeśli kupisz ten lot, nie będziesz mógł już w tym roku polecieć do Nowego Jorku. Brzmi jak dystopia? Być może. Ale jednocześnie jest to rozwiązanie, które coraz częściej pojawia się w debatach o przyszłości polityki klimatycznej. Od 30 lat świat próbuje ograniczać emisje poprzez podatki, regulacje dla przemysłu i rozwój zielonych technologii. Problem polega na tym, że mimo ogromnych inwestycji globalne emisje nadal pozostają bardzo wysokie. Właśnie dlatego część ekspertów zaczyna zadawać niewygodne pytanie. Co jeśli nie wystarczy kontrolować firm? Co jeśli trzeba zacząć kontrolować również konsumpcję?
Pomysł nazywany jest czasem osobistym budżetem węglowym. Jego podstawowa zasada jest zaskakująco prosta. Każdy obywatel otrzymuje określoną liczbę jednostek emisji CO₂, które może wykorzystać w ciągu roku.
Każda aktywność generująca emisje kosztuje określoną liczbę punktów. Lot samolotem, zakup paliwa, ogrzewanie domu, zakup nowego samochodu, a nawet niektóre produkty spożywcze pomniejszałyby indywidualny limit. W praktyce byłby to rodzaj klimatycznej waluty. Kiedy kupujesz benzynę, płacisz nie tylko pieniędzmi, ale również częścią swojego budżetu emisyjnego. Kiedy rezerwujesz lot, system automatycznie odlicza odpowiednią liczbę punktów. Kiedy zamawiasz energochłonne produkty, ich ślad węglowy również trafia na rachunek. Dla osób wychowanych w Polsce taki system może budzić skojarzenia z kartkami żywnościowymi z czasów PRL. Wówczas ograniczonym zasobem było mięso, cukier czy benzyna. W nowym modelu ograniczonym zasobem byłaby możliwość emitowania dwutlenku węgla. Inni widzą podobieństwa do chińskiego systemu społecznego scoringu. Nie dlatego, że państwo oceniałoby obywateli moralnie, ale dlatego, że cyfrowa infrastruktura pozwalałaby śledzić ogromną liczbę codziennych decyzji. Każdy zakup stawałby się jednocześnie informacją o poziomie indywidualnych emisji.
Zwolennicy takiego rozwiązania wskazują, że byłby to najskuteczniejszy sposób walki ze zmianami klimatu. Dziś najbogatsze kilka procent mieszkańców świata odpowiada za nieproporcjonalnie dużą część globalnych emisji.
Jedna podróż prywatnym odrzutowcem może wygenerować więcej CO₂ niż przeciętny mieszkaniec wielu krajów emituje przez cały rok. W systemie osobistych limitów każdy miałby określony budżet, którego nie dałoby się łatwo ominąć. Taki model mógłby również działać bardziej sprawiedliwie niż podatki ekologiczne. Dzisiaj bogaci mogą po prostu płacić więcej za emisyjne zachowania. Jeśli cena paliwa wzrośnie dwukrotnie, milioner praktycznie tego nie zauważy. Osoba o niskich dochodach odczuje to natychmiast. Limit emisyjny działałby inaczej. Nie liczyłoby się wyłącznie to, ile masz pieniędzy. Liczyłoby się to, ile emisji już wykorzystałeś.
Technologicznie realizacja takiego systemu jest coraz bardziej realna. W świecie płatności cyfrowych, aplikacji mobilnych i sztucznej inteligencji śledzenie śladu węglowego staje się coraz prostsze.
Wiele firm już dziś potrafi oszacować emisje związane z konkretnym produktem. Coraz dokładniej mierzone są również emisje związane z transportem, energią czy produkcją żywności. Niektóre eksperymenty już się pojawiały. W Wielkiej Brytanii i kilku krajach europejskich prowadzono pilotaże aplikacji pokazujących użytkownikom ich osobisty ślad węglowy. Nie były one obowiązkowe, ale stanowiły próbę sprawdzenia, jak ludzie reagują na informację o własnych emisjach. Jednocześnie pomysł budzi ogromne kontrowersje. Krytycy zwracają uwagę, że byłby to prawdopodobnie najbardziej ambitny system monitorowania codziennego życia w historii demokracji. Aby działał skutecznie, państwo musiałoby wiedzieć nie tylko ile zarabiasz, ale także co kupujesz, czym podróżujesz, co jesz i jak ogrzewasz dom. Pojawia się też pytanie natury etycznej.
Czy emisje są czymś, co powinno podlegać indywidualnemu limitowaniu? Czy państwo ma prawo decydować, ile razy w roku możesz polecieć samolotem albo jak często możesz jeść wołowinę?
Dla jednych byłby to logiczny kolejny krok w walce z kryzysem klimatycznym. Dla innych początek nowego rodzaju kontroli społecznej. Najciekawsze jest jednak coś innego. Jeszcze dekadę temu sama idea osobistego limitu emisji wydawała się czystym science fiction. Dziś coraz częściej pojawia się w raportach, analizach i dyskusjach ekspertów. Nie dlatego, że świat chce wrócić do kartek. Ale dlatego, że skala zmian klimatycznych sprawia, iż rozwiązania jeszcze niedawno uznawane za niemożliwe zaczynają być traktowane całkiem poważnie.