Największym egzystencjalnym zagrożeniem dla naszej cywilizacji jest utrzymywany w pełnej gotowości arsenał atomowy
18 września 1980 roku w silosie rakietowym kompleksu w stanie Arkansas dwóch młodych techników wykonywało rutynową czynność serwisową przy międzykontynentalnym pocisku balistycznym Titan II. W pewnej chwili jeden z nich upuścił klucz nasadowy, a ten spadł kilkadziesiąt metrów w dół szybu i przebił cienką powłokę zbiornika paliwa. Z wnętrza rakiety zaczął wydobywać się toksyczny aerozol paliwa hipergolicznego. Kilka godzin później doszło do eksplozji. Ogromna, wielotonowa konstrukcja została wyrzucona z silosu. Głowica termojądrowa o mocy wielokrotnie przekraczającej bombę zrzuconą na Hiroszimę wypadła z rakiety i spadła na ziemię obok. Nie doszło do detonacji jądrowej wyłącznie dlatego, że systemy bezpieczeństwa zadziałały zgodnie z projektem, a przypadek okazał się łaskawy. Ten incydent, znany jako Damascus Titan missile explosion, był jednym z wielu w historii zimnej wojny, kiedy ludzkość otarła się o katastrofę nie z powodu złej woli, lecz z powodu błędu, rutyny i kruchości procedur.

Zaledwie trzy lata później, w 1983 roku, radziecki oficer dyżurny Stanisław Pietrow otrzymał sygnał z systemu wczesnego ostrzegania, że Stany Zjednoczone wystrzeliły w kierunku Związku Radzieckiego kilka pocisków balistycznych. Procedury przewidywały natychmiastowe przekazanie informacji wyżej i potencjalną odpowiedź nuklearną. Pietrow uznał jednak, że alarm jest fałszywy. Miał rację.
System satelitarny błędnie zinterpretował odbicie światła słonecznego od chmur jako start rakiet. Gdyby oficer zachował się zgodnie z literą instrukcji, historia mogła potoczyć się zupełnie inaczej.
Te dwa epizody są reporterskim wstępem do problemu, który Mark Lynas w fantastycznej książce 'Za sześć minut do zima’ przedstawia jako największe bezpośrednie zagrożenie dla współczesnej cywilizacji. Nie zmiany klimatu, nie pandemia, nie nawet sztuczna inteligencja, lecz arsenał nuklearny utrzymywany w stanie gotowości bojowej od czasów zimnej wojny. Lynas argumentuje, że żyjemy w cieniu systemu, który z definicji opiera się na możliwości natychmiastowego, globalnego zniszczenia, a jednocześnie pozostaje podatny na błędy techniczne, ludzkie i polityczne.

Według najnowszych danych organizacji monitorujących zbrojenia jądrowe, takich jak Stockholm International Peace Research Institute, na świecie istnieje około dwunastu tysięcy głowic nuklearnych, z czego kilka tysięcy pozostaje w aktywnej gotowości operacyjnej.
Około pięciu tysięcy to głowice rozmieszczone na międzykontynentalnych pociskach balistycznych, okrętach podwodnych i bombowcach strategicznych. Dwie największe potęgi nuklearne, Stany Zjednoczone i Rosja, utrzymują znaczną część swoich sił w trybie launch on warning, czyli gotowości do odpalenia w ciągu minut od wykrycia ataku. Lynas przypomina, że koncepcja odstraszania jądrowego opiera się na kruchym założeniu racjonalności i perfekcyjnej kontroli. Tymczasem historia pokazuje, że systemy wczesnego ostrzegania są omylne, infrastruktura starzeje się, a ludzie popełniają błędy. Incydent w Arkansas był wynikiem zwykłego upuszczenia narzędzia. Alarm w radzieckim centrum dowodzenia wynikał z błędnej interpretacji danych. W 1995 roku Rosja omal nie zinterpretowała norweskiej rakiety badawczej jako potencjalnego ataku. Każde z tych zdarzeń było sygnałem ostrzegawczym.
Jednak najważniejszy argument Lynasa dotyczy on zjawiska, które w latach osiemdziesiątych nazwano zimą nuklearną.
Naukowcy, w tym Carl Sagan i jego współpracownicy, wykazali, że masowa wymiana jądrowa między supermocarstwami doprowadziłaby do potężnych pożarów miast i infrastruktury przemysłowej. Spalanie paliw kopalnych, plastiku, drewna i innych materiałów w skali kontynentalnej wygenerowałoby ogromne ilości sadzy. Ta sadza, unoszona przez konwekcyjne kolumny ognia, mogłaby dotrzeć do stratosfery. W stratosferze cząstki sadzy nie są łatwo wypłukiwane przez opady. Mogą utrzymywać się tam przez lata, a nawet dekady. Tworzą warstwę, która blokuje znaczną część promieniowania słonecznego docierającego do powierzchni Ziemi. Analogią są duże erupcje wulkaniczne, takie jak wybuch Mount Pinatubo w 1991 roku, które wprowadziły do stratosfery miliony ton aerozoli siarczanowych i spowodowały globalne ochłodzenie o około pół stopnia Celsjusza na kilka lat. Jednak w scenariuszu nuklearnym mówimy o znacznie większej ilości absorbującej światło sadzy, a nie tylko odbijających aerozoli.
Modele klimatyczne rozwijane w ostatnich dekadach sugerują, że nawet regionalna wojna nuklearna, na przykład między Indiami a Pakistanem z użyciem kilkudziesięciu głowic, mogłaby obniżyć globalne temperatury o kilka stopni i znacząco skrócić sezon wegetacyjny.
W przypadku pełnoskalowej wymiany między USA a Rosją spadek temperatur mógłby być znacznie głębszy. Niektóre symulacje mówią o kilkunastostopniowym ochłodzeniu w regionach kontynentalnych półkuli północnej. W najbardziej pesymistycznych scenariuszach średnie temperatury w niektórych obszarach mogłyby spaść o kilkadziesiąt stopni w pierwszych miesiącach po konflikcie. Świat po takiej wymianie nie przypominałby postapokaliptycznej wizji z filmów skupionych na ruinach miast. Owszem, wiele metropolii zostałoby zniszczonych bezpośrednio przez eksplozje i fale uderzeniowe. Jednak prawdziwa katastrofa rozegrałaby się w kolejnych latach. Niebo stałoby się przydymione. Promieniowanie słoneczne docierające do powierzchni zmalałoby dramatycznie. Lata stałyby się chłodne jak obecne zimy, a zimy przypominałyby epoki lodowcowe. Rolnictwo w strefach umiarkowanych praktycznie by się załamało. Zbiory zbóż spadłyby o dziesiątki procent. Łańcuchy dostaw żywności, już dziś napięte, przestałyby funkcjonować. Głód dotknąłby miliardy ludzi, także w krajach, które nie były bezpośrednio zaangażowane w konflikt.
W tym kontekście problem globalnego ocieplenia stałby się, jak pisze Lynas, niemal abstrakcyjny.
Wzrost średniej temperatury o dwa czy trzy stopnie przestałby mieć znaczenie wobec nagłego, gwałtownego ochłodzenia o dziesięć czy więcej stopni. Efekt cieplarniany zostałby chwilowo przytłumiony przez efekt zacienienia. Oczywiście długoterminowo dwutlenek węgla pozostałby w atmosferze, ale cywilizacja, która mogłaby się nim martwić, przestałaby istnieć w znanej formie. Kluczowe jest to, że zimowa katastrofa nuklearna nie wymaga użycia wszystkich istniejących głowic. Wystarczy ułamek globalnego arsenału. Dzisiejsze głowice są często znacznie potężniejsze niż te z czasów Hiroszimy i Nagasaki. Jedna międzykontynentalna rakieta może przenosić kilka niezależnie naprowadzanych głowic. Systemy są projektowane tak, by zapewnić zdolność drugiego uderzenia, co oznacza, że nawet po zniszczeniu części infrastruktury druga strona jest w stanie odpowiedzieć.
Lynas podkreśla paradoks. Broń, która miała gwarantować pokój poprzez odstraszanie, tworzy permanentne ryzyko katastrofy.
W świecie rosnących napięć geopolitycznych, w którym relacje między mocarstwami są coraz bardziej napięte, a nowe państwa aspirują do posiadania broni jądrowej, prawdopodobieństwo błędu, eskalacji lub niezamierzonego konfliktu nie maleje. Do tego dochodzą nowe czynniki, takie jak cyberataki na systemy wczesnego ostrzegania czy sztuczna inteligencja wspomagająca decyzje militarne. Procedury kontroli nad bronią masowej zagłady są rozbudowane, wielowarstwowe i technicznie zaawansowane. Jednak są tworzone i obsługiwane przez ludzi. Ludzi zmęczonych, poddanych presji, funkcjonujących w ramach struktur hierarchicznych. Historia pokazuje, że nawet najbardziej zaawansowane systemy mogą zawieść. Upuszczony klucz w Arkansas był symbolem banalności ryzyka. Fałszywy alarm w radzieckim centrum dowodzenia pokazał, jak wiele zależy od jednostkowej decyzji. W książce Lynas przywołuje również fakt, że wiele głowic pozostaje w stanie wysokiej gotowości, co oznacza, że czas na podjęcie decyzji o ewentualnym kontrataku liczony jest w minutach. To tworzy presję, w której margines błędu jest minimalny. W warunkach napięcia politycznego, błędnej interpretacji ruchów wojsk czy cyberzakłóceń, ryzyko niezamierzonej eskalacji staje się realne.
Arsenał nuklearny nie jest reliktem przeszłości zamkniętym w muzeum zimnej wojny. Jest aktywnym elementem współczesnej architektury bezpieczeństwa.
Modernizacje systemów, rozwój nowych nośników, testy rakiet balistycznych przez różne państwa pokazują, że logika odstraszania nadal dominuje. Tymczasem świadomość społeczna zagrożenia wydaje się mniejsza niż w latach 80., gdy miliony ludzi protestowały przeciwko wyścigowi zbrojeń. Lynas argumentuje, że dyskusja o egzystencjalnych zagrożeniach dla ludzkości jest zdominowana przez zmiany klimatu i nowe technologie. Są to zagrożenia realne i poważne. Jednak ich dynamika jest w dużej mierze stopniowa. Zima nuklearna byłaby zdarzeniem gwałtownym, globalnym i trudnym do odwrócenia. Nie dawałaby dekad na adaptację. Nie oferowałaby możliwości stopniowego dostosowania gospodarek.
Książka Lynasa jest wezwaniem do powrotu do poważnej debaty o rozbrojeniu i redukcji arsenałów.
Wskazuje on, że nawet częściowe obniżenie gotowości bojowej i zmniejszenie liczby rozmieszczonych głowic znacząco obniżyłoby ryzyko katastrofy klimatycznej wywołanej konfliktem jądrowym. Argumentuje także, że inwestowanie w systemy weryfikacji, przejrzystość i komunikację między mocarstwami jest równie istotne jak rozwój technologii niskoemisyjnych.