Previous Slide Icon Next Slide Icon
Play Daily Button Pause Daily Button
Exit Daily Button

Tomasz Kammel lubi steetart, ale taki przemyślany, kiedy artysta ma czas, koncept i przestrzeń… kupioną pod nową kampanię banku

Miasto bez graffiti może być czyste. Pytanie, czy będzie żywe.
.get_the_title().

Wczoraj Tomasz Kammel konfrontuje na swoim Instagramie młodego gościa, który maluje graffiti na jednej z kamienic na placu Zbawiciela w Warszawie. Kammel z reporterską pasywnością, choć jednocześnie z wyczuwalnym protekcjonalizmem nie interweniuje, ale pyta, CZY TO JEST SZTUKA?

Czy to dzieło wystarczającej jakości, aby zasłaniało budynek w centrum miasta? Wystarczającej dla kogo?

Na pewno nie dla komentujących jego video, bo tam posypały się na młodego chłopaka gromy, a kilku krewkich instagramerów już pytało o adres, żeby wytłumaczyć ręcznie czym jest dobra sztuka. Przypomnijmy sobie zatem i może też panu Tomaszowi, czym jest graffiti, jak powstało i dlaczego rozpatrywanie go na wymiarze – ładne, bzytkie – jest zupełnym pomyleniem pojęć. Graffiti nie narodziło się jako dekoracja. Nie powstało po to, by zdobić nowoczesne elewacje ani wpisywać się w strategię brandingową miasta. Jego geneza jest głęboko związana z buntem, wykluczeniem i potrzebą zaznaczenia obecności w przestrzeni, która nie daje głosu. W latach 70. w Nowym Jorku młodzi ludzie z Bronksu i Brooklynu zaczęli podpisywać wagony metra swoimi pseudonimami. Taki był początek całej kultury writingu. Wagony stały się ruchomymi nośnikami tożsamości, komunikatu, śladu istnienia.

W przestrzeni, w której system edukacyjny, rynek pracy i instytucje publiczne zawodziły całe społeczności, graffiti było sposobem powiedzenia jestem tutaj i nie proszę o pozwolenie.

https://images.openai.com/static-rsc-3/2-7HWnvw-3xSvAA0duK8dY1uO33SqE-Xr1uV6eDXb2bAAEJC0icmHzyr1ciErrFpBO2wnFM6VTw2au1gy0-7Y9sqf81LsExlPzqX7LZoHcQ?purpose=fullsize&v=1

Podobne zjawiska obserwowano w Berlinie Zachodnim, zwłaszcza w dzielnicy Kreuzberg, gdzie mur oddzielający dwa światy stał się gigantycznym płótnem dla komentarza politycznego i egzystencjalnego. Mur Berliński nie był galerią sztuki. Był betonowym symbolem podziału, przemocy systemu i geopolitycznego napięcia. Pokrycie go graffiti nie było aktem dekoracyjnym. Było symbolicznym odzyskiwaniem przestrzeni, która została narzucona przez władzę. Estetyka była wtórna wobec komunikatu.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/5d/Berlinermauer.jpg

I tu pojawia się zasadnicze nieporozumienie, które widać w reakcji na nagranie Kammela. Traktowanie graffiti wyłącznie w kategoriach ładne brzydkie jest pomyleniem porządków. To tak, jakby oceniać manifest polityczny wyłącznie pod kątem kaligrafii.

Graffiti jest językiem. Językiem często nielegalnym, często niechcianym, często niewygodnym. Ale właśnie dlatego istotnym.

Warszawa ostatnich lat przeżywa dynamiczny rozwój. Nowe biurowce, apartamentowce, ścieżki rowerowe, gastronomia na najwyższym światowym poziomie, elektryczne samochody, najwyższy wieżowiec w UE. To wszystko tworzy narrację sukcesu. Miasto nowoczesne, europejskie, ambitne. Jednak każda narracja rozwojowa ma swoich beneficjentów i tych, którzy czują się poza jej głównym nurtem. Nie każdy korzysta z buspasów dla drogich aut elektrycznych. Nie każdy czerpie zyski z rosnących cen nieruchomości. Nie każdy odnajduje się w estetyce sterylnego minimalizmu i korporacyjnej architektury. W tej sytuacji graffiti bywa jednym z niewielu dostępnych środków wyrazu sprzeciwu. Jest aktem obecności. Jest sygnałem, że przestrzeń publiczna nie jest wyłącznie tłem dla inwestycji i marketingu miejskiego. Że miasto to nie tylko wizualizacja w folderze dewelopera, ale także pole konfliktu, emocji, napięć społecznych.

Kiedy zamożny, rozpoznawalny Tomasz Kammel, który bez wątpienia korzysta z tych wszystkich benefitów, łapie za telefon i sugeruje, że malowanie na ścianie to wyłącznie wandalizm, trudno nie dostrzec asymetrii.

Nie chodzi o personalny atak. Chodzi o strukturę społecznego głosu. Kto ma prawo głosu w przestrzeni miejskiej? Czy tylko ci, którzy mieszczą się w normatywnym modelu sukcesu? Hipokryzja polega na tym, że ta sama klasa pseudoelit, która dziś oburza się na tag na ścianie, zachwyca się dzielnicami, które swoją markę zbudowały na fermentach, na artystycznym nieładzie, na bohemie. Kreuzberg stał się ikoną kreatywności właśnie dlatego, że przez lata był przestrzenią buntu, squattingu, alternatywy. Podobnie było z wieloma dzielnicami europejskich i amerykańskich miast, które teraz ulegają stopniowej gentryfikacji. Kto tam teraz kupuje mieszkania za miliony dolarów? Właśnie takie Tomki Kammle, bo chcą być cool, a te miejsca im to obiecują. Najpierw artyści i writerzy, potem kawiarnie, potem deweloperzy, na końcu marketingowe hasło autentyczność. Bez początkowego chaosu nie byłoby późniejszego produktu premium.

Jeśli dziś wyeliminujemy graffiti i street art z przestrzeni miejskiej w imię sterylności, otrzymamy miasto gładkie, bezpieczne, przewidywalne. Ale też nudne, wtórne, pozbawione napięcia.

Miasto, które wygląda jak wizualizacja z katalogu globalnej korporacji. Tymczasem ferment, nawet ten nielegalny, jest częścią miejskiej energii. Badania socjologiczne i etnograficzne z lat 80. w Stanach Zjednoczonych wskazywały, że graffiti jest często wskaźnikiem napięć społecznych. Tam, gdzie młodzi ludzie nie mają reprezentacji politycznej ani kulturowej, tam ściana staje się medium. To nie jest to samo co przemoc fizyczna. To nie jest to samo co marsze z obelżywymi hasłami. To raczej sygnał ostrzegawczy, że pewne grupy nie czują się włączone w dominującą narrację.

Plac Zbawiciela ma swoją historię jako przestrzeń sporów światopoglądowych, artystycznych interwencji, symbolicznych instalacji.

To miejsce, w którym ścierały się różne wizje wspólnoty. Oczekiwanie, że stanie się ono wyłącznie estetycznie neutralnym tłem, żeby podobało się ludziom z airfryerami na blacie w kuchni, jest wbrew jego symbolicznej roli. Graffiti w takim miejscu nie jest przypadkowym bazgrołem w tunelu podmiejskim. Jest wpisaniem się w tradycję komentarza. Komentarze pod internetowym nagraniem pokazują jeszcze jeden problem. Redukcję debaty do poziomu gustu. To jest brzydkie. To jest ładne. Ja zrobiłbym to lepiej. Tymczasem graffiti nie aspiruje do konkursu piękności. Ono często celowo jest surowe, szybkie, niedoskonałe. Liczy się gest, fakt, że ktoś zdecydował się zostawić ślad. Odbieranie prawa do tej formy ekspresji w imię porządku estetycznego jest formą symbolicznego wykluczenia. Oczywiście, miasto nie może funkcjonować bez żadnych zasad. Nikt rozsądny nie postuluje całkowitej anarchii wizualnej. Pytanie dotyczy proporcji. Czy jesteśmy w stanie zaakceptować pewien poziom nieprzewidywalności, pewien margines niezgody. Czy każde odstępstwo od wizji urbanistycznego ładu musi być natychmiast napiętnowane jako patologia?

W dynamicznie rozwijającej się Warszawie napięcie między narracją sukcesu a doświadczeniem wykluczenia będzie się tylko pogłębiać.

Jeśli jedyną dozwoloną formą wypowiedzi w przestrzeni publicznej stanie się legalny mural sponsorowany przez bank, utracimy coś istotnego. Spontaniczność, niekontrolowany głos, nawet jeśli bywa niewygodny.

SPOŁECZEŃSTWO