Utraciliśmy zdolność wykształcania elit. Nie jako Polacy, ale jako cywilizacja
Początkowo nasz zbliżający się marcowy numer chcieliśmy wymierzyć w 'elity’ – to jak nimi nie są, jak nie wypełniają roli liderów, ich obłudzie, miałkości i podążaniu po najmniejszej linii oporu. I niby afera Epsteina byłaby ku temu świetną okazją, bo nasze plany rysowały się dużo wcześniej i mieliśmy już nawet zebrany wstępny risercz. Ale w miarę mierzenia się z tematem okazało się, że oprócz ładunku emocjonalnego wyrażonego w na pewno niezłym designie makiety, to od strony redakcyjnej byłby to numer ubogi i płaski.
Bo w kogo my chcielibyśmy przywalić? Żydów, bogaczy, zboczeńców, reptilian albo spiskówców New World Order? Kim są te mityczne elity i jaka jest dla nich alternatywa?
Niestety więcej mamy tu niewiadomych i wątpliwości, luźnych myśli, które nie są gotowe na numer drukowany. Dlatego część z nich publikujemy poniżej w lekko bałaganiarskiej, ale otwartej formie, a w druku skoncentrujemy się na bardziej konkretnych tematach.
Jeżeli naprawdę chcielibyśmy zaprojektować świat, w którym patologie władzy, pieniędzy i wpływów są mniej prawdopodobne, musielibyśmy zacząć grzebać bardzo głęboko w fundamentach obecnego systemu. Musielibyśmy podważyć świętość własności, przemyśleć relacje władzy zakorzenione w patriarchalnych strukturach, zmierzyć się z klasowością społeczeństw. Nawet jeżeli nie jest ona już formalnie zapisana w metryce urodzenia, to nadal działa poprzez zasoby, kapitał, sieci kontaktów i dostęp do instytucji. Elity nie są dziś dziedziczone w prosty sposób, ale są reprodukowane poprzez pieniądze, edukację, pochodzenie kulturowe i informacyjne przewagi. To wciąż jest system zamkniętych drzwi, tylko wyposażonych w bardziej subtelne zamki.
Afera Epsteina stała się dla wielu ludzi dowodem, że istnieje równoległa rzeczywistość ludzi władzy i wielkiego kapitału.
Rzeczywistość, w której obowiązują inne normy, inne ryzyka i inne konsekwencje. Nawet jeśli część narracji wokół sprawy została przechwycona przez teorie spiskowe, to samo społeczne odczucie nie bierze się znikąd. Od lat rośnie przekonanie, że prawo działa inaczej wobec silnych, że reputację można kupić, a skandale można przykryć pieniędzmi, prawnikami i kontrolą przekazu. To poczucie nierówności proceduralnej jest dziś jednym z głównych paliw populizmu. Jednocześnie łatwo wpaść w pułapkę prostego odruchu. Skoro elity zawodzą, to elity są zbędne. Skoro władza deprawuje, to najlepszym rozwiązaniem jest świat bez elit. Taki wniosek jest zrozumiały emocjonalnie, ale bardzo niebezpieczny systemowo.
Każde złożone społeczeństwo potrzebuje warstwy przywódczej, eksperckiej i normatywnej. Potrzebuje ludzi, którzy wyznaczają standardy, tworzą instytucje, podejmują trudne decyzje i biorą za nie odpowiedzialność.
Problem nie polega na tym, że elity istnieją. Problem polega na tym, jak są wyłaniane, jak są kontrolowane i jakie wartości reprezentują. Przez długi czas funkcję kuźni elit pełniły instytucje. Uniwersytety, służba publiczna, środowiska zawodowe, redakcje, sądy, organizacje społeczne. Każda z tych struktur miała swoje wady, swoje zamknięte kręgi i swoje mechanizmy wykluczenia. Jednocześnie oferowały pewien filtr jakościowy. Wymagały czasu, pracy, sprawdzalnych kompetencji i przejścia przez kolejne etapy weryfikacji. Dziś rola tych instytucji ulega erozji. Zaufanie do nich spada, finansowanie jest coraz słabsze, a autorytet bywa podważany zarówno przez uzasadnioną krytykę, jak i przez cyniczne kampanie delegitymizujące.
Ich miejsce zajmują liderzy opinii, którzy swoją pozycję zawdzięczają nie procesowi selekcji kompetencji, lecz algorytmom widoczności.
Ostatnio na Instagramie rzuciło nam się w oczy nagranie Wojtka Goli (tego od Fame MMA), który razem ze swoją partnerką przekonuje, że kilkudniowa głodówka zabija komórki rakowe, bo [cytat] ’…one z głodu się wzajemnie zjadają’. Platformy społecznościowe stały się głównym mechanizmem dystrybucji wpływu. To algorytm decyduje, kto zostanie nową twarzą debaty, a kto zniknie w informacyjnym cieniu. Algorytm nie jest jednak narzędziem oceny jakości ani etyki. Jest narzędziem maksymalizacji zaangażowania, czasu spędzonego w aplikacji i przychodów z reklam. Polaryzacja, gniew i sensacja sprzedają się lepiej niż namysł, zniuansowanie i odpowiedzialność. W takim środowisku półprawda i fałsz funkcjonują często skuteczniej niż rzetelna informacja. Bańki informacyjne wzmacniają przekonania zamiast je testować. Odbiorca dostaje przekaz dopasowany do emocji i tożsamości, a nie do faktów. To nie jest przypadek ani wypadek przy pracy. To efekt modelu biznesowego.
Jeśli monetyzacja uwagi jest głównym celem, to jakość treści staje się kosztem, a nie inwestycją. Każdy, kto prowadzi medium wystarczająco długo, a my robimy to już 15 lat, wie, że pogoń za zasięgiem niemal zawsze degraduje poziom intelektualny treści.
W rezultacie tracimy mechanizmy jakościowego wyłaniania elit. Popularność zastępuje kompetencję, widoczność zastępuje odpowiedzialność, a wiral zastępuje dorobek. Osoba z dużym zasięgiem bywa traktowana jak autorytet w sprawach, o których nie ma pojęcia. Jednocześnie realni eksperci często nie potrafią przebić się przez hałas. To prowadzi do paradoksu. Nigdy wcześniej dostęp do wiedzy nie był tak szeroki, a jednocześnie nigdy wcześniej tak trudno niektórym odróżnić wiedzę od performansu. Do tego dochodzi nowy mechanizm finansowej windy, która wynosi na szczyt ludzi dzięki przypadkowi, spekulacji lub agresywnemu marketingowi. Świat krypto i nowych aktywów stworzył grupę bohaterów sukcesu, których majątki powstały w bardzo krótkim czasie, często w oparciu o skrajnie niestabilne instrumenty i emocjonalne narracje o rewolucji finansowej. Część z tych projektów była innowacyjna. Wiele jednak okazało się wydmuszkami lub narzędziami transferu pieniędzy od naiwnych do sprytnych.
Nowi bogaci bardzo szybko zaczęli odgrywać rolę nowych elit opinii, choć ich sukces nie był wynikiem społecznej użyteczności, lecz skutecznego wykorzystania luki regulacyjnej i informacyjnej. To jest kompetencja? Nie! To koniunkturalny spryt.
To wszystko sprawia, że gniew wobec elit miesza się dziś z głębokim chaosem pojęciowym. Nie wiadomo już, kto jest elitą, kto udaje elitę, a kto ją kontestuje tylko po to, by samemu zająć jej miejsce. Antyelitarystyczna retoryka stała się narzędziem marketingowym. Można występować przeciw elitom, będąc jednocześnie częścią najbardziej uprzywilejowanej warstwy. Wystarczy odpowiedni język i właściwy kanał dystrybucji. Sprawa Epsteina działa jak soczewka. Skupia w jednym obrazie pieniądz, władzę, wpływy, seksualność, przemoc i bezkarność. Pokazuje, że sieci powiązań potrafią chronić swoich członków bardzo długo. Pokazuje też, że reputacja instytucji może być krucha, jeśli okazuje się, że przez lata ignorowały sygnały ostrzegawcze.
Ujawnienie patologii nie jest jeszcze programem naprawy. Demaskacja nie jest projektem ustrojowym.
Najtrudniejsze pytanie brzmi więc nie kto zawiódł, lecz co w zamian. Jeżeli odrzucimy obecne elity jako skompromitowane, to jak wyłonimy nowe. W sposób organiczny i demokratyczny jest to dziś niezwykle trudne. Demokracja proceduralna wybiera reprezentantów politycznych, ale nie tworzy elit kulturowych i moralnych. Rynek wybiera produkty i usługi, ale nie powinien wybierać norm etycznych. Algorytm wybiera treści angażujące, ale nie wybiera treści mądrych. Dawniej dużą rolę odgrywały długie ścieżki formacyjne. Kariera naukowa, droga w służbie publicznej, rozwój w zawodach zaufania społecznego. Te ścieżki były wolne i często niesprawiedliwe, ale dawały czas na dojrzewanie odpowiedzialności. Dziś logika natychmiastowości premiuje szybki efekt. Trudniej budować autorytet przez dekady, łatwiej zbudować rozpoznawalność w miesiące. To zmienia strukturę motywacji. Skoro nagroda jest za uwagę, to walka toczy się o uwagę. Konsekwencją jest także rozmycie pojęcia prawdy. Żyjemy w epoce totalnej rejestracji. Kamery, nagrania, zapisy rozmów, ślady cyfrowe. Widzimy coraz więcej zachowań, które kiedyś pozostawały ukryte. Widzimy na dwóch nagraniach, jak osoby publiczne mówią jedno, a potem zaprzeczają wbrew oczywistym dowodom.
Widzimy kłamstwo w czasie rzeczywistym i widzimy, że jest drogą do osiągania celów. To rujnuje nasz system wartości, czego skutkiem jest systemowa demoralizacja.
Skoro każdy kłamie, to kłamstwo przestaje szokować. Skoro każdą wersję można zakwestionować, to prawda staje się jedną z narracji. Elity w klasycznym rozumieniu miały nie tylko władzę i prestiż, ale także funkcję normatywną. Wyznaczały granice zachowania. Dziś granice są negocjowane na bieżąco w przestrzeni medialnej, często przez ludzi, którzy nie mają ani mandatu, ani przygotowania do tej roli. Cel coraz częściej uświęca środki, bo liczy się wynik, sukces, wzrost, wygrana kampania, domknięta runda finansowania. Droga dochodzenia do celu bywa moralnie przezroczysta, bo nie ma stabilnych kryteriów oceny ani powszechnie uznanych autorytetów, które mogłyby te kryteria egzekwować. W tle pojawiają się kolejne wyzwania, jeszcze trudniejsze. Sztuczna inteligencja, neurotechnologie, inżynieria poznawcza. Pytania o wolną wolę, odpowiedzialność, manipulację zachowaniem, granice ingerencji w mózg. To są dylematy, które wymagają dojrzałych elit intelektualnych i etycznych. Wymagają ludzi zdolnych do myślenia w długim horyzoncie i do stawiania ograniczeń tam, gdzie rynek widzi tylko szansę. Jeżeli nie mamy takich elit lub nie ufamy żadnym, wchodzimy w epokę decyzji podejmowanych przez najsilniejszych graczy technologicznych i finansowych bez realnej kontroli społecznej.
Co zatem możemy zrobić, skoro nie da się łatwo zaprojektować alternatywnego porządku bez naruszania fundamentów systemu. Pierwszym krokiem jest odbudowa znaczenia instytucji pośredniczących.
Nie jako twierdz nieomylności, lecz jako miejsc weryfikacji. Uniwersytety, media jakościowe, organizacje eksperckie muszą odzyskać finansową i kulturową przestrzeń do działania. To wymaga także zmiany nawyków odbiorców. Jakość kosztuje. Jeśli nie jesteśmy gotowi za nią płacić pieniędzmi lub uwagą, nie będzie się rozwijać. Drugim krokiem jest większa przejrzystość mechanizmów wpływu. Jawność finansowania, jawność powiązań, jawność procesów decyzyjnych. Nie zlikwiduje to patologii, ale podnosi koszt ich ukrywania. Świat całkowicie przejrzysty nie istnieje, lecz świat całkowicie nieprzejrzysty sprzyja nadużyciom. Trzecim krokiem jest edukacja medialna i poznawcza. Nie jako dodatek, lecz jako fundament. Umiejętność oceny źródeł, rozpoznawania manipulacji, rozumienia modeli biznesowych platform. Bez tego każda kolejna technologia komunikacyjna będzie pogłębiać chaos zamiast go redukować. Czwartym krokiem jest odbudowa etosu odpowiedzialności w małej skali. Elity nie rodzą się wyłącznie na szczytach. Rodzą się w lokalnych wspólnotach, zawodach, środowiskach. Jeśli normy są egzekwowane blisko, mają większą szansę przetrwać. Kultura odpowiedzialności zaczyna się od mniejszych kręgów, a nie od globalnych deklaracji.