Previous Slide Icon Next Slide Icon
Play Daily Button Pause Daily Button
Exit Daily Button

Dzisiejsza faktyczna różnica między prawicą i lewicą to sposób traktowania niezależnych instytucji

Prawica coraz częściej uznaje, że silny mandat polityczny wystarczy, by rządzić bez ograniczeń.
.get_the_title().

Współczesna prawica w wielu krajach przestała traktować państwo jako system instytucji, który należy chronić i równoważyć. Coraz częściej postrzega je jako narzędzie bezpośredniego sprawowania władzy, w którym procedury, sądy, media czy niezależne organy są przeszkodą, a nie fundamentem.

To właśnie w tym miejscu przebiega dziś najważniejsza linia podziału. Nie między różnymi wizjami świata, lecz między podejściem do samej konstrukcji państwa.

Lewica, niezależnie od swoich sporów wewnętrznych, pozostaje w dużej mierze przywiązana do idei instytucjonalnej. Do przekonania, że władza musi być ograniczana, rozproszona i poddana kontroli. Ten kontrast najlepiej widać na konkretnych przykładach. W Polsce lata rządów PiS przyniosły głębokie napięcia wokół funkcjonowania instytucji państwowych. Zmiany w sądownictwie, konflikty wokół Trybunału Konstytucyjnego, przejmowanie mediów publicznych, a także późniejsze afery związane z wydatkowaniem środków publicznych pokazały, jak łatwo państwo może zostać potraktowane jako przestrzeń politycznej kontroli, a nie wspólny mechanizm zarządzania. Podobny schemat pojawia się w Stanach Zjednoczonych. Administracja Donalda Trumpa wielokrotnie wchodziła w konflikty z instytucjami, które miały ograniczać władzę wykonawczą. Spór o cła i kompetencje prezydenta pokazał napięcie między decyzjami politycznymi a konstytucyjnym porządkiem. Nawet jeśli system amerykański pozostaje silny, to sama gotowość do ignorowania lub podważania jego reguł jest sygnałem zmiany podejścia.

Władza przestaje być czymś, co działa w ramach instytucji, a zaczyna być czymś, co próbuje je omijać.

Kolejny przykład daje Izrael. Rządy Benjamina Netanjahu doprowadziły do próby ograniczenia roli Sądu Najwyższego i zmiany równowagi między władzami. Reakcja społeczeństwa była natychmiastowa i masowa. Setki tysięcy ludzi wyszły na ulice w obronie trójpodziału władzy i niezależności sądów. To moment, w którym obywatele jasno pokazali, że państwo nie jest własnością rządu i że instytucje mają wartość niezależną od bieżącej polityki. Najdalej ten proces zaszedł na Węgrzech. Viktor Orbán i jego partia Fidesz przez lata systematycznie podporządkowywali sobie kolejne elementy państwa. Media, sądy, system wyborczy, instytucje kontrolne, wszystko zostało w większym lub mniejszym stopniu włączone w orbitę władzy politycznej. Formalnie demokracja istnieje, ale jej instytucjonalny kręgosłup został osłabiony. To model, w którym państwo przestaje być systemem równowagi, a staje się narzędziem utrzymania władzy. Podobne tendencje można dostrzec także w innych krajach. W Turcji Recep Tayyip Erdoğan przez lata konsolidował władzę kosztem instytucji. W Brazylii Jair Bolsonaro regularnie kwestionował rolę sądów i systemu wyborczego. W każdym z tych przypadków schemat jest zbliżony.

Prawica traktuje instytucje nie jako fundament, lecz jako pole walki, które należy przejąć lub osłabić.

To właśnie odróżnia ją dziś od lewicy. Nie zestaw poglądów, lecz stosunek do państwa jako konstrukcji. Lewica może się mylić w swoich diagnozach, może proponować rozwiązania, z którymi można się nie zgadzać, ale jej podejście pozostaje zakorzenione w przekonaniu, że instytucje mają znaczenie i że bez nich demokracja nie działa. Prawica coraz częściej uznaje, że silny mandat polityczny wystarczy, by rządzić bez ograniczeń. To prowadzi do fundamentalnego przesunięcia. Demokracja przestaje być systemem opartym na równowadze i zaczyna przypominać system oparty na sile politycznej. W takim świecie wybory nie są już tylko zmianą władzy, lecz potencjalnym początkiem zmiany samego państwa.

SPOŁECZEŃSTWO