Jakie wnioski płyną z zakończonej właśnie Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium?

Korekta narracji globalistycznej i nowa rola USA w porządku geopolitycznym.
.get_the_title().

W 2007 roku na tej samej konferencji w swoim przemówieniu otwarcie zakwestionowała powojenny (a właściwie pozimnowojenny) porządek bezpieczeństwa i dominację USA, które traktuje się jako ideowy wstęp do późniejszej polityki imperialnej, w tym działań wobec Ukrainy. To wtedy wypowiedział słynne słowa, że ’model jednobiegunowego świata jest nie tylko nie do przyjęcia, ale wręcz niemożliwy w dzisiejszym świecie.’ Niespełna 10 lat później widzimy, że choć w tym jednym miejscu miał rację. Tegoroczna edycja wydarzenia (13–15 lutego 2026) potwierdziła, że dotychczasowy porządek Zachodu, oparty na amerykańskim przywództwie, prymacie instytucji i przewidywalnej solidarności sojuszniczej przestał być domyślną matrycą świata, a stał się jedną z wielu konkurujących narracji.

W Monachium szczególnie mocno wybrzmiały trzy splecione wątki: wojna Rosji przeciw Ukrainie i pytanie o warunki pokoju, strategiczna samodzielność Europy (w tym wątek odstraszania nuklearnego) oraz narastająca rywalizacja systemowa, w której USA i Chiny testują granice wpływu, a Europa próbuje nie zostać przedmiotem cudzych ustaleń.

Symboliczne było to, że kanclerz Niemiec Friedrich Merz mówił o świecie językiem epoki 'wielkiej gry’, ostrzegając, że to, co przez dekady wydawało się oczywiste, już takie nie jest: ’ten porządek (…) już nie istnieje, a Europa musi wykazać twardość i determinację, jeśli ma utrzymać wolność jako realny zasób, a nie hasło.’ Największy ciężar polityczny miały wystąpienia i rozmowy wokół Ukrainy. Prezydent Wołodymyr Zełenski starał się jednocześnie przytrzymać Zachód przy długim horyzoncie wsparcia i wbić klin w najgroźniejszą dla Kijowa możliwość: pokój rozumiany jako szybkie zamrożenie frontu kosztem ukraińskich interesów. W jego przekazie powracał motyw, że Rosja inwestuje w rozbijanie jedności euroatlantyckiej, a jedność najbardziej torpeduje rosyjskie plany. W rozmowach z mediami Zełenski ujął to bardziej politycznie: jego zdaniem praktycznie nie ma Europy przy stole negocjacji i to duży błąd, bo to europejskie państwa będą współodpowiedzialne za gwarancje bezpieczeństwa i koszty długofalowej stabilizacji. Ten nacisk na miejsce Europy przy stole rezonował z wystąpieniami polskimi: Radosław Sikorski wprost punktował, że europejska perspektywa nie może być traktowana jak dodatek, skoro to Europa ponosi ciężar bezpieczeństwa regionu i finansowania wsparcia, a spór o wartości (np. o granice mowy nienawiści) nie powinien służyć delegitymizowaniu europejskich demokracji.

’Wierzymy w wolność słowa z odpowiedzialnością’ – mówił Sikorski, dodając, że nie akceptuje narracji, w której europejskie standardy mają być z definicji cenzurą.

Równolegle z Ukrainą trwała dyskusja o tym, jak ma wyglądać europejska architektura bezpieczeństwa, jeśli USA będą bardziej transakcyjne, a mniej gwarancyjne. Tu na pierwszy plan wysunęły się Niemcy i Francja, a zwłaszcza temat odstraszania jądrowego. Emmanuel Macron potwierdził, że uruchomił z Merzem dialog strategiczny o tym, jak artykulować francuską doktrynę nuklearną w szerszej, europejskiej logice obrony i bezpieczeństwa. Sam fakt, że Berlin publicznie rozważa francuski parasol jako element europejskiego filaru w NATO, był w Monachium czytany jako sygnał epokowej zmiany: Europa zaczyna mówić o najtwardszym elemencie bezpieczeństwa nie tylko w kategoriach amerykańskiej obecności, ale też własnych, politycznie trudnych instrumentów. Jednocześnie część liderów (np. wątek hiszpański) ostrzegała przed nuklearną spiralą ryzyka, podkreślając, że odstraszanie to kosztowna i zawodna gra. W tle tej debaty stała diagnoza z raportów i komentarzy okołokonferencyjnych: Europa musi szybciej podejmować decyzje, zwiększać zdolności przemysłowe i zbrojeniowe oraz, co powracało jak refren, przestawić się z logiki 'zbyt mało, zbyt późno’ na logikę planowania zdolności w horyzoncie lat, a nie tygodni.

Właśnie na tym styku – zdolności i sprawczość – najostrzejsza była wymiana tonów między Komisją Europejską a NATO.

Ursula von der Leyen wezwała do ożywienia unijnej klauzuli wzajemnej obrony (art. 42(7)), mówiąc wprost, że wzajemna obrona nie jest opcjonalna, to zobowiązanie traktatowe, które trzeba wypełnić realnymi zdolnościami i zaufaniem. Jej przekaz był czytelny: NATO pozostaje kręgosłupem, ale UE musi zbudować mięśnie – finansowe, przemysłowe i decyzyjne – żeby nie być wiecznie w pozycji petenta. W tym kontekście mocno wybrzmiała polemika z sekretarzem generalnym NATO Markiem Ruttem, który ostrzegał, że Europa może dalej marzyć o pełnej samowystarczalności bez USA, bo koszt zastąpienia amerykańskich zdolności (w tym nuklearnych) byłby ogromny. W praktyce Monachium nie przyniosło jednej odpowiedzi, ale urealniło kompromis: europejski filar w NATO ma być nie sloganem, tylko programem (wydatki, wspólne zakupy, produkcja amunicji, obrona powietrzna, drony, cyber i rozpoznanie), a UE ma domagać się większej roli politycznej w decyzjach o wojnie i pokoju w swoim sąsiedztwie.

Amerykański akcent konferencji był dwuznaczny.

Z jednej strony sekretarz stanu Marco Rubio próbował obniżyć temperaturę po wcześniejszych tarciach i przekonywał, że losy Europy i USA są splątane przez historię: „chcemy, żeby Europa była silna” i „wierzymy, że Europa musi przetrwać”, bo dramatyczne lekcje XX wieku pokazują, że przegrana stabilności na kontynencie wraca do Ameryki jak bumerang. Z drugiej strony wielu europejskich uczestników odczytywało ten przekaz jako reasekurację z warunkami: ciepłe słowa przy jednoczesnym oczekiwaniu, że Europa dopasuje się do amerykańskiej agendy (od wydatków obronnych, przez handel, po spory kulturowe). To poczucie wzmacniał fakt, że w europejskich kuluarach stale wracały obawy o amerykańską skłonność do działań jednostronnych oraz o to, czy Waszyngton będzie gotów dać twardy „backstop” gwarancji dla Ukrainy w razie rozejmu. Merz mówił o tym wprost, podkreślając, że USA nie są dziś „wystarczająco potężne, by działać w pojedynkę” i że transatlantycka współpraca musi być odbudowana na bardziej partnerskich zasadach, bez narzucania Europie cudzej „wojny kulturowej”.

Wątek brytyjski był próbą wpisania Londynu z powrotem w europejską geometrię bezpieczeństwa, bez formalnego cofania Brexitu.

Keir Starmer przedstawił się w Monachium jako zwolennik „twardej siły” i praktycznej współpracy, mówiąc zdaniem, które stało się jednym z najczęściej cytowanych: „nie ma brytyjskiego bezpieczeństwa bez Europy i nie ma europejskiego bezpieczeństwa bez Brytanii”. Dla wielu delegacji była to ważna zapowiedź: jeśli europejski filar ma powstać szybko, Wielka Brytania – z jej zdolnościami wojskowymi, wywiadowczymi i przemysłowymi – jest zbyt istotna, by pozostawać na orbicie jedynie ad hoc koalicji. Konferencja pokazała też, jak bardzo bezpieczeństwo europejskie przenika się dziś z kwestiami terytorialnymi i presją w „północnym teatrze”. Spór o Grenlandię wrócił jako stres-test spójności Zachodu. Duńska premier Mette Frederiksen mówiła, że presja na Grenlandię jest „nie do przyjęcia” i że są rzeczy, „na które nie można pójść na kompromis”, wskazując na suwerenność i integralność terytorialną. Ten temat miał w Monachium funkcję większą niż geografia: był przypomnieniem, że nawet w obrębie sojuszu mogą pojawić się próby redefinicji „czerwonych linii”, jeśli logika transakcyjna wejdzie w miejsce logiki norm.

Wreszcie, Monachium było areną, na której Chiny próbowały zagospodarować język „porządku” i „globalnego zarządzania” w kontrze do zachodniego poczucia erozji reguł.

Wang Yi mówił o potrzebie reformy globalnego zarządzania i odwoływał się do zasady poszanowania suwerenności i integralności terytorialnej jako fundamentu ładu, deklarując, że Chiny chcą być „siłą pokoju”. Dla wielu słuchaczy to brzmiało jak próba zajęcia moralnego high ground przy jednoczesnym utrzymaniu pola manewru w praktyce (handel, technologie, pozycjonowanie wobec Rosji). W tym sensie Chiny w Monachium nie „przebiły” Ukrainy ani transatlantyku, ale konsekwentnie budowały narrację: Zachód jest podzielony, więc trzeba „stabilizować” świat przez instytucje – z Pekinem jako jednym z głównych rozgrywających.

Najważniejszy wniosek z tegorocznej konferencji jest więc dość surowy: nie ma już jednego centrum grawitacji, do którego wszyscy automatycznie się dostrajają.

Jest za to wyścig o to, kto opisze nową epokę i kto narzuci jej reguły. Europa w Monachium wyglądała na bardziej przebudzoną niż rok czy dwa lata temu – mniej naiwną wobec ryzyk, bardziej gotową do rozmów o „twardych” instrumentach (produkcja, wspólne zakupy, obrona powietrzna, cyber, a nawet nuklearne tabu), a jednocześnie świadomą, że bez USA nie da się dziś od ręki domknąć całej układanki. USA wysłały sygnał: sojusz trwa, ale oczekiwania rosną i będą weryfikowane. Ukraina postawiła sprawę jasno: pokój bez trwałych gwarancji i bez europejskiego udziału w negocjacjach będzie tylko pauzą w wojnie. Chiny natomiast pokazały, że potrafią mówić językiem norm, nawet gdy świat podejrzewa, że grają głównie o wpływy. Monachium nie zakończyło sporów, ale – jak sejsmograf, o którym mówił Merz – zarejestrowało wstrząs: przesuwanie się Zachodu z epoki komfortu do epoki odpowiedzialności, w której bezpieczeństwo znów kosztuje, a polityka znów wymaga decyzji, nie deklaracji.

TU I TERAZ