Polska kultura zapierdolu wygrywa nawet z rekordowymi upałami
Gdy termometry pokazują niemal czterdzieści stopni, południe Europy zwalnia. Ulice pustoszeją, sklepy zamykają się na kilka godzin, a życie przenosi się do cienia. W Polsce dzieje się coś absurdlnego. Im goręcej, tym bardziej udajemy, że nic niezwykłego się nie dzieje. Jedziemy do marketu po jedną rzecz, załatwiamy sprawy, które mogłyby poczekać, stoimy na rozgrzanych parkingach i z dumą opowiadamy, że przecież trzeba było coś zrobić.
Być może największym dowodem na to, że kultura zapierdolu ma się u nas znakomicie, nie są statystyki pracy. Jest nim to, że nawet podczas ekstremalnych upałów nie potrafimy przestać.
Lekarze apelowali, aby między południem a późnym popołudniem unikać wychodzenia z domu, szczególnie osoby starsze i przewlekle chore. Media publikowały ostrzeżenia. Samorządy uruchamiały kurtyny wodne. Wszystko wskazywało na to, że choć przez kilka godzin warto będzie potraktować pogodę poważnie. Polacy postanowili potraktować poważnie coś zupełnie innego. Centra handlowe były pełne. Supermarkety również. Parking pod sklepem budowlanym wyglądał tak, jakby trwał pierwszy dzień wiosny. Na ulicach widać było seniorów wracających z zakupami, rodziny spacerujące po rozgrzanych chodnikach i ludzi załatwiających sprawy, które z powodzeniem mogły poczekać do wieczora. Jakbyśmy zbiorowo uznali, że największym zagrożeniem nie jest udar cieplny, lecz niewykreślony punkt z listy zadań. Nie jest to przypadek.
Polska od lat należy do najbardziej zapracowanych społeczeństw Europy. Według danych OECD przeciętny pracownik w Polsce przepracował w 2023 roku około 1803 godziny, podczas gdy średnia OECD wyniosła około 1742 godzin.
Dane Eurostatu pokazują, że Polacy należą do mieszkańców Unii Europejskiej pracujących najdłużej w ujęciu tygodniowym. Średni rzeczywisty tydzień pracy należy u nas do najdłuższych we Wspólnocie. Nie chodzi jednak wyłącznie o liczbę godzin. Znacznie ciekawsze jest to, co te liczby mówią o naszej kulturze. Polska przez ostatnie trzydzieści lat zbudowała swoją tożsamość wokół nieustannego wysiłku. Pracowitość stała się cnotą samą w sobie. Odpoczynek zyskał reputację lenistwa. Człowiek, który nic nie robi, budzi podejrzenia. Człowiek, który zawsze jest zajęty, budzi szacunek. W efekcie stworzyliśmy społeczeństwo, które często nie potrafi odróżnić produktywności od kompulsji. Najlepiej widać to właśnie podczas upałów. Hiszpan nie wychodzi z domu, ponieważ jest za gorąco. Włoch zamyka sklep na kilka godzin. Grek przenosi życie na późny wieczór. Polak jedzie do Lidla. To oczywiście pewne uproszczenie, ale dobrze oddaje różnicę kulturową. Kraje południowej Europy od setek lat żyją w klimacie, który wymusza dostosowanie rytmu dnia do pogody. Sjesta nie jest tam wyrazem lenistwa. Jest racjonalną strategią przetrwania. Praca przesuwa się na godziny poranne i wieczorne, kiedy temperatura pozwala funkcjonować bez nadmiernego obciążenia organizmu.
My tymczasem zachowujemy się tak, jakby przyroda miała dostosować się do naszego kalendarza.
To niezwykłe, bo jesteśmy społeczeństwem, które uwielbia mówić o efektywności. Tymczasem trudno o mniej efektywne zajęcie niż stanie w południe na rozgrzanym parkingu tylko dlatego, że właśnie dziś postanowiliśmy kupić doniczkę, nową szczotkę do toalety albo worek ziemi do kwiatów. Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Nie umiemy już odpoczywać nawet wtedy, gdy odpoczynek staje się elementem troski o własne zdrowie. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu pogoda wyznaczała rytm życia. Rolnicy wiedzieli, kiedy pracować, a kiedy przeczekać największy skwar. Dziś próbujemy narzucić naturze harmonogram z Outlooka. Nieważne, że asfalt parzy przez podeszwę buta. W kalendarzu wpisano spotkanie, więc spotkanie musi się odbyć.
Słupki sprzedaży nie czują temperatury. Prawda?
To jest właśnie prawdziwa definicja kultury zapierdolu. Nie polega ona na ciężkiej pracy. Ciężka praca sama w sobie nie jest problemem. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestajemy zadawać sobie pytanie, czy to, co robimy, ma w ogóle sens. Czy naprawdę musimy jechać do sklepu dokładnie o czternastej? Czy naprawdę urząd musi działać identycznie podczas trzydziestu dziewięciu stopni, jak podczas dwudziestu dwóch? Czy naprawdę nie potrafimy powiedzieć sobie, że pewne rzeczy mogą poczekać kilka godzin? Być może najbardziej zaskakujące jest to, że zmiany klimatu wymuszą na nas nie tylko przebudowę miast, energetyki czy gospodarki wodnej. Wymuszą również przebudowę naszego poczucia obowiązku. Będziemy musieli nauczyć się czegoś, czego do tej pory uczyliśmy się wyjątkowo opornie. Że czasem najbardziej rozsądną decyzją nie jest zrobienie jeszcze jednej rzeczy z listy, lecz zamknięcie laptopa, opuszczenie rolet i przeczekanie najgorętszych godzin dnia.