Previous Slide Icon Next Slide Icon
Play Daily Button Pause Daily Button
Exit Daily Button

Jaki ślad węglowy ma czołg a jaki F35? I kto za nie płaci? Ale plastik do żółtego tak?

W cyniczny sposób odpowiedzialność za globalne zagrożenia planety jest konsekwentnie przenoszona na pojedynczego obywatela. Nikt przecież nie liczy śladu węglowego wojny na Bliskim Wschodzi, w Ukrainie i ćwiczeniach na poligonach wojskowych.
.get_the_title().

Na początku XXI wieku jedna z największych firm naftowych świata rozpoczęła kampanię, która zmieniła sposób, w jaki miliony ludzi myślą o klimacie. W 2004 roku koncern BP uruchomił internetowy kalkulator pozwalający każdemu użytkownikowi policzyć własny ślad węglowy. Kampanię przygotowała londyńska agencja Ogilvy and Mather. Narzędzie było proste i atrakcyjne. Wystarczyło odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących stylu życia, sposobu podróżowania czy zużycia energii w domu, aby dowiedzieć się, ile dwutlenku węgla emituje się rocznie. Następnie pojawiała się sugestia, że można ten wynik poprawić poprzez zmianę codziennych nawyków. Mniej latać samolotem. Częściej korzystać z roweru. Ograniczyć mięso w diecie. Używać energooszczędnych żarówek.

Idea wydawała się racjonalna. Skoro zmiany klimatu są efektem emisji gazów cieplarnianych, każdy powinien zastanowić się nad swoim udziałem w tym procesie. Problem polega jednak na tym, że ten sposób myślenia wprowadził subtelną zmianę w sposobie rozumienia odpowiedzialności.

Dyskusja o klimacie zaczęła coraz częściej koncentrować się na indywidualnych wyborach konsumentów zamiast na strukturze gospodarki i decyzjach podejmowanych przez rządy oraz wielkie przedsiębiorstwa.

Nie oznacza to, że pojęcie śladu węglowego zostało wymyślone przez przemysł naftowy. Wcześniej funkcjonowało ono w analizach cyklu życia produktów stosowanych przez naukowców zajmujących się środowiskiem. Jednak to właśnie kampania BP sprawiła, że termin ten trafił do powszechnego języka. Od tego momentu miliony ludzi zaczęły postrzegać zmiany klimatu przez pryzmat własnego rachunku emisji. Powstał w ten sposób ciekawy paradoks. Znaczna część emisji dwutlenku węgla pochodzi z sektora energetycznego, przemysłu ciężkiego i transportu towarowego. To obszary, w których kluczowe decyzje podejmują państwa i wielkie korporacje. Jednocześnie w debacie publicznej pojawiła się narracja sugerująca, że głównym polem działania jest styl życia jednostki. Człowiek ma mniej latać, mniej jeździć samochodem, mniej konsumować.

W ten cyniczny sposób odpowiedzialność za globalny problem zaczęła być symbolicznie przenoszona na pojedynczego obywatela.

To on ma zmienić swoje nawyki i ograniczyć emisje. W wielu przypadkach robi to w dobrej wierze. Kupuje bardziej energooszczędny sprzęt. Rezygnuje z plastikowych słomek. Wybiera produkty oznaczone jako ekologiczne. Jednocześnie system produkcji i dystrybucji energii pozostaje w ogromnym stopniu taki sam jak wcześniej. Podobny mechanizm można zaobserwować w przypadku segregacji odpadów. W wielu krajach prowadzi się intensywne kampanie edukacyjne zachęcające mieszkańców do sortowania śmieci. Kolorowe pojemniki stoją na każdym osiedlu. Instrukcje segregacji są drukowane na opakowaniach i w lokalnych gazetach. Obywatel ma dokładnie wiedzieć, do którego kosza powinien wrzucić butelkę, karton czy plastikową tackę. Na pierwszy rzut oka jest to działanie sensowne. Recykling pozwala odzyskiwać surowce i ograniczać ilość odpadów trafiających na składowiska. Jednak w praktyce pojawia się problem bardzo podobny do tego, który towarzyszył koncepcji śladu węglowego. Odpowiedzialność za prawidłowe funkcjonowanie systemu została w dużej mierze przeniesiona na końcowego użytkownika produktu.

Konsument staje przed koszem z kilkoma przegródkami i musi zdecydować, gdzie wyrzucić opakowanie po jogurcie, karton po soku czy plastikową folię.

Problem polega na tym, że ogromna część współczesnych opakowań jest projektowana w sposób utrudniający ich przetwarzanie.

Składają się z kilku różnych materiałów połączonych na stałe. Plastik zgrzewany jest z aluminium. Papier laminowany jest warstwą tworzywa. Rozdzielenie tych materiałów wymaga technologii przemysłowych, których zwykły użytkownik nie posiada. Elementy opakowania są tak zaprojektowane, aby dobrze chronić produkt i wyglądać atrakcyjnie na półce sklepowej, lecz niekoniecznie po to, by łatwo poddawać je recyklingowi. W rezultacie zwykły użytkownik ma wykonać zadanie, które w praktyce powinno być rozwiązane już na etapie projektowania produktu. Gdy opakowanie powstaje w fabryce, to właśnie wtedy zapada decyzja, czy będzie ono łatwe do przetworzenia, czy stanie się odpadem trudnym do zagospodarowania. Jednak w debacie publicznej główny nacisk położono na to, aby obywatel poprawnie sortował śmieci.

Jeszcze wyraźniej widać ten paradoks w dyskusji o transformacji motoryzacji. W ostatnich latach coraz częściej słyszymy, że odpowiedzialny mieszkaniec planety powinien kupić samochód elektryczny.

Argument jest prosty. Samochód elektryczny podczas jazdy nie emituje spalin. W mieście nie produkuje dwutlenku węgla ani tlenków azotu. Lokalnie jest pojazdem bezemisyjnym. To prawda, lecz obraz całego procesu technologicznego jest bardziej złożony. Produkcja baterii litowo jonowych wymaga wydobycia dużych ilości surowców takich jak lit, nikiel czy kobalt. Ich eksploatacja wiąże się z ingerencją w środowisko naturalne oraz znacznym zużyciem energii. Sam proces wytwarzania baterii jest energochłonny. W zależności od źródła energii używanej w fabryce może generować znaczną emisję gazów cieplarnianych. Dodatkowo samochody elektryczne są często droższe niż ich odpowiedniki z silnikiem spalinowym.

I znowu koszt transformacji technologicznej w dużej mierze ponosi indywidualny konsument.

Jednocześnie infrastruktura energetyczna wielu krajów wciąż opiera się na paliwach kopalnych. W takim przypadku energia zużywana do ładowania samochodu również wiąże się z emisją. Powstaje więc kolejny paradoks. Obywatel ma ponosić koszty zmiany technologicznej, która w dużym stopniu wynika z decyzji przemysłowych i politycznych. Kupuje droższy samochód, inwestuje w ładowarkę, zmienia swoje nawyki transportowe. Jednocześnie ma poczucie, że jego indywidualny wysiłek jest kroplą w oceanie procesów, nad którymi nie ma żadnej kontroli.

Jednak teraz najbardziej uderzający jest ten kontrast między indywidualną odpowiedzialnością, która próbuje nam się wmówić a zanieczyszczeniem środowiska związanym z wszczynaniem kolejnych konfliktów zbrojnych. Ktoś liczy ich ślad węglowy?

Wojny niszczą infrastrukturę, spalają ogromne ilości paliw, prowadzą do pożarów pól naftowych i zanieczyszczenia środowiska. W takich sytuacjach nikt nie liczy śladu węglowego czołgów, samolotów czy rakiet. Emisje związane z działaniami militarnymi rzadko pojawiają się w publicznych statystykach klimatycznych. Dla zwykłego mieszkańca planety powstaje więc obraz pełen sprzeczności. Z jednej strony słyszy on, że powinien skrupulatnie segregować śmieci, liczyć swój ślad węglowy, kupować droższe technologie i cerować dziury w skarpecie, z drugiej obserwuje świat, w którym ogromne w skutkach decyzje polityczne i gospodarcze zapadają ponad jego głową, a ich konsekwencje środowiskowe są wielokrotnie większe niż indywidualne działania jednostki. Jedyny ratunek w stworzeniu instytucji i regulacji, które zmienią sposób funkcjonowania całej gospodarki tj. na poziomie projektowania produktów, infrastruktury energetycznej i polityki przemysłowej Dopiero gdy te elementy ulegną zmianie, indywidualne działania obywateli mogą stać się częścią spójnego i skutecznego systemu.

SPOŁECZEŃSTWO