Wystarczy Zmienić Algorytm F5 PrintEdition #26

Możliwe, że świat stał się zbyt złożony, żeby opisać go jedną opowieścią. Jeśli tak, wtedy nie potrzebujemy nowej ideologii, tylko lepszej architektury, żeby się ze sobą porozumieć.

Do kilkuset miejsc w całej Polsce trafiło właśnie najnowsze wydanie naszego magazynu papierowego. Rozglądajcie się za nim w fajnych miejscach w Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Białymstoku, Trójmieście i Poznaniu. Dla tych, którzy nie znajdą, albo nie trafią, przygotowaliśmy wersję online.

A co znalazło się w numerze? Jak zwykle staramy się nadać narrację zmianom, jakie widzimy na około. A tych jest tyle, że w miarę pracy nad numerem dochodziliśmy do wniosku, że może szukanie takiej metanarracji jest zupełnie bez sensu, niepotrzebne.

Możliwe, że świat stał się zbyt złożony, żeby opisać go jedną opowieścią. Jeśli tak, wtedy nie potrzebujemy nowej ideologii, tylko lepszej architektury, żeby się ze sobą porozumieć.

Świat dzieli się na coraz mniejsze fragmenty, które ze sobą współistnieją i wcale nie muszą bezpośrednio z siebie wynikać. Jednak taka refleksja była dopiero wynikiem bardzo szerokiego riserczu, którego ten numer jest de facto zapisem. Dlatego nie oczekujcie przełomowych wizji, odpowiedzi na pytania fundamentalne, ale bardziej, mamy nadzieję, ciekawą inspirującą drogę do znalezienia wśród tych wszystkich zmian spokoju, pokory i syntezy.

Banner Image
Elity nie są już efektem gry, tylko jej warunkiem początkowym.

Niebieska kula zawieszona w czerni, spokojna, niemal doskonała, oglądana z perspektywy, którą ostatni raz mieliśmy 60 lat temu, kiedy człowiek po raz pierwszy oddalił się na tyle, żeby zobaczyć siebie z zewnątrz. Dziś wracamy do tego punktu widzenia wraz z misją Artemis II, i ten powrót jest czymś więcej niż technologicznym osiągnięciem. Wtedy patrzyliśmy na Ziemię jak na obietnicę przyszłości. Dziś patrzymy jak na pytanie. Co się wydarzyło przez te 60 lat, kiedy nie patrzyliśmy na siebie z dystansu? Jak zmienił się świat, który niby wygląda tak samo z zewnątrz, ale wewnątrz nie ma spójnej opowieści o sobie. Żyjemy w momencie bez nadrzędnej narracji rozwojowej, która mówiłaby nam, dokąd zmierzamy i dlaczego warto w tam iść.

60 lat temu ścierały się ze sobą wielkie wizje – kapitalizm, komunizm były czymś więcej niż systemami ekonomicznymi. Były obietnicami świata, miały język przyszłości, miały swoich wyznawców, swoich wrogów i swoje utopie. Jedna z tych wizji się rozpadła, druga wygrała, ale każde zwycięstwo ma swój koniec. Kapitalizm przetrwał, ale nie jako idea. Przetrwał jako infrastruktura. Jako system, który produkuje, dystrybuuje, optymalizuje i wycenia. Przez dekady sprzedawał obietnicę awansu, mobilności, racjonalizacji świata. Dziś coraz trudniej ją utrzymać. Dane nie są już po jego stronie. Thomas Piketty rozebrał ten mit na czynniki pierwsze i pokazał coś, co wszyscy intuicyjnie czują. Kapitał reprodukuje się szybciej niż praca. Majątek przyciąga majątek. Mobilność społeczna, która miała być silnikiem systemu, okazuje się ograniczona.

Elity nie są już efektem gry, tylko jej warunkiem początkowym. To nie jest drobna rysa. To jest pęknięcie w samej obietnicy. Nie chodzi nawet o to, że kapitalizm jest zły. Chodzi o to, że przestał być wystarczający jako opowieść jutra. Działa, ale nie inspiruje. Generuje wzrost, ale nie generuje sensu. W świecie, w którym główną odpowiedzią na pytanie o przyszłość jest kolejna iteracja teraźniejszości, ludzie zaczynają dryfować. A kiedy system nie ma konkurencji ideowej, przestaje się uzasadniać. Nie musi tłumaczyć, dlaczego istnieje. Po prostu jest. Naturalną reakcją byłoby szukanie alternatywy. Problem polega na tym, że jej nie ma. Nie w formie, która byłaby wiarygodna, spójna i pociągająca. Chiny nie są odpowiedzią, nawet jeśli są wyzwaniem. Są potęgą produkcyjną, logistyczną i technologiczną, ale nie są fabryką idei. Historia tego kraju pokazuje raczej konsekwentną niechęć do eksportowania uniwersalnej narracji. To model zamknięty, pragmatyczny, skupiony do wewnątrz na stabilności i kontroli, a nie na tworzeniu globalnej opowieści, do której inni chcieliby aspirować. To różnica fundamentalna. Można produkować świat, nie produkując jego sensu. I to w momencie, w którym świat najbardziej go potrzebuje. Bo skala wyzwań rośnie w tempie, które jeszcze dekadę temu wydawało się abstrakcyjne.

Kto posiada naturę, gdy ta staje się kodem?

Technologia przyspieszyła tak bardzo, że przestała być tylko narzędziem. Stała się środowiskiem, do którego to człowiek ma się dostosować. Biotechnologia dotyka samej definicji życia. Inżynieria genetyczna otwiera pytania o granice ingerencji. Sztuczna inteligencja redefiniuje pracę, kreatywność i decyzyjność. Automatyzacja zmienia strukturę rynku pracy szybciej, niż jesteśmy w stanie przemyśleć jej konsekwencje. A my? Próbujemy nadążyć, improwizując odpowiedzi. Nie mamy dziś języka, który pozwoliłby nam moralnie osądzić te zmiany, a sama technologia nie produkuje etyki, produkuje możliwości, optymalizuje procesy, zwiększa wydajność, redukuje koszty. Ale nic nie mówi, co powinniśmy zrobić z tymi możliwościami, gdzie odpuścić, a gdzie docisnąć. W efekcie zaczynamy żyć według zasady, która jeszcze niedawno brzmiałaby jak ostrzeżenie.

W lutym 2026 roku jeden z liderów branży sztucznej inteligencji odszedł z pracy i opublikował list, który bardziej przypominał esej filozoficzny niż standardowe pożegnanie z firmą. Mrinank Sharma, odpowiedzialny za bezpieczeństwo systemów AI w firmie Anthropic, napisał o świecie znajdującym się w stanie zagrożenia i o własnej decyzji wycofania się z aktywnego udziału w jego kształtowaniu. Zamiast zapowiedzi kolejnych projektów czy przejścia do konkurencji pojawiła się deklaracja potrzeby zniknięcia i powrotu do rzeczy tak odległych od technologii jak poezja. To nie jedyny taki przypadek, a szersze zjawisko, które w ostatnich miesiącach odbiło się szerokim echem w Dolinie Krzemowej jako tzw. AI resignation letters. Są sygnałem, że w samym centrum współczesnej innowacji pojawia się refleksja, która nie daje się łatwo zamknąć w raportach kwartalnych ani prezentacjach dla inwestorów, jest próbą uchwycenia momentu, w którym technologia przestaje być wyłącznie narzędziem, a zaczyna być problemem egzystencjalnym, a jedyny konflikt jaki wywołuje to wojna o półprzewodniki, która definiuje współczesną geopolitykę. Decyzje podejmowane są w trybie operacyjnym, a nie strategicznym. Państwa reagują z opóźnieniem – wystarczy chociażby spojrzeć na kodeksy prawa, jak bardzo nie są przygotowane do pomysłów tokenizacji finansów albo praw własności intelektualnej w sekwencji genetycznej. Kto posiada naturę, gdy ta staje się kodem?

obraz: Misha Waks

Na tym tle wyrasta jedyna narracja, która wydaje się  dziś powszechna. SAMOROZWÓJ.

Jak udowodnili nobliści Daron Acemoglu i James A. Robinson w czasach gdy brakowało wielkich narracji, ciągłość rozwoju gwarantowały silne instytucje. Nie opowiadają fascynującej historii, ale za to tworzą ramy, w których można żyć bez niej. To one decydowały o tym, czy społeczeństwa były w stanie przekuć potencjał w trwały rozwój. Kluczowa jest ich inkluzywność, zdolność do tworzenia reguł gry, które nie są zawłaszczane przez wąskie elity. Ale tu znowu stajemy przed kolejnym współczesnym wyzwaniem. Jak tworzyć wspólnoty, które te instytucje mają powoływać, a później szanować, gdy widzimy postępującą fragmentaryzację społeczności i polaryzację poglądów? Na tym tle wyrasta jedyna narracja, która wydaje się  dziś powszechna. SAMOROZWÓJ.

To nie jest już trend. To jest dominujący język codzienności i jeden z najbardziej przewrotnych paradoksów współczesności. Algorytm, który tak często oskarżamy o spłycanie świata, daje ludziom realne narzędzia do rozwoju. Nigdy wcześniej dostęp do wiedzy o zdrowiu, psychice, diecie, produktywności czy pracy nad sobą nie był tak szeroki i tak natychmiastowy. To działa. Ludzie faktycznie lepiej śpią, lepiej jedzą, lepiej rozumieją swoje emocje, szybciej się uczą. Problem polega na tym, że ta optymalizacja jest niemal wyłącznie skierowana do wewnątrz. Skupienie na sobie rośnie, a zdolność patrzenia na świat z szerszej perspektywy maleje. W efekcie powstaje jednostka coraz bardziej świadoma siebie, ale coraz mniej zakorzeniona w kontekście, w którym funkcjonuje. To otwiera przestrzeń, w której łatwiej operować emocją niż faktem, sugestią niż wiedzą, uproszczeniem niż złożonością. Bo jeśli uwaga jest skupiona głównie na własnym wnętrzu, to świat zewnętrzny zaczyna być filtrowany przez to, co pasuje do tej wewnętrznej narracji. W takim środowisku trudno o trwałe wspólnoty. W opublikowanym niedawno w Nature największym raporcie dotyczącem algorytmów w social mediach zespół międzynarodowych badaczy wykazał, że treści umiarkowane, zniuansowane lub analityczne są wypychane przez platformy SM, ponieważ generują mniejszą liczbę interakcji, co bezpośrednio przekłada się na przychody reklamowe. W efekcie algorytm premiuje przekazy spolaryzowane,
i wzmacnia podziały w społeczeństwie.

A co by się stało, gdyby po prostu zmienić algorytm? Gdyby zamiast maksymalizować zaangażowanie, maksymalizował jakość relacji. Gdyby premiował nie treści najbardziej emocjonalne, tylko najbardziej łączące. Gdyby zamiast pogłębiać różnice, tworzył mosty między perspektywami. To nie jest naiwna utopia. To jest kwestia projektowa. Algorytm można przestawić z logiki konfliktu na logikę koherencji. Wprowadzić wagi dla treści, które zwiększają zrozumienie zamiast antagonizować. Promować ekspozycję na różne punkty widzenia w sposób, który nie wywołuje natychmiastowego odrzucenia. Wbudować mechanizmy, które nagradzają konstruktywną interakcję zamiast eskalacji. To jednak oznaczałoby zmianę modelu ekonomii platform i wystąpienie przeciwko potężnym grupom interesu.

Dlatego pytanie o algorytm jest dziś pytaniem o instytucje.

Być może potrzebujemy zupełnie nowego typu instytucji. Nie tylko regulatora, ale współtwórcy infrastruktury cyfrowej. Instytucji, która nie tyle kontroluje algorytm, co współprojektuje jego cele. Wprowadza do niego wartości, które dziś są poza jego zakresem. Dobrostan, spójność społeczna, odporność na dezinformację. To brzmi jak powrót do idei. I być może nim jest. Może nie w formie jednej wielkiej narracji, która porządkuje wszystko, ale w formie zestawu zasad dla nowej architektury informacyjnej, która nie będzie oparta na zużytym i destrukcyjnym środowiskowo konsumpcjonizmie i nadpodaży.

Konrad Jerin, redaktor naczelny F5

ARCHITEKTURA