Previous Slide Icon Next Slide Icon
Play Daily Button Pause Daily Button
Exit Daily Button

Na Księżyc ludzie nie polecieli dla celów naukowych ale polityczno-wojskowych

Postęp cywilizacyjny rodzi się nie z harmonii, lecz z konfliktu; nie z konsensusu, lecz ze ścierania się sprzecznych narracji, wartości i interesów.
.get_the_title().

Jednym z najbardziej wygodnych złudzeń nowoczesnego świata jest przekonanie, że rozwój cywilizacyjny jest naturalnym efektem kumulowania wiedzy i technologii, że postęp 'dzieje się sam’, jeśli tylko zapewnimy odpowiednie warunki pokojowej współpracy i wolnego rynku. W tej narracji nauka jest autonomiczna, polityka przeszkadza, a konflikty są anomalią, którą należałoby jak najszybciej wyeliminować. Tymczasem historia – rozumiana nie jako zbiór dat, lecz jako proces – mówi coś dokładnie odwrotnego.

Postęp cywilizacyjny rodzi się z napięcia, ze sporu, z konfrontacji sprzecznych wizji świata. Lot na Księżyc jest tego jednym z najbardziej wyrazistych przykładów.

Nie polecieliśmy tam dlatego, że ludzkość nagle zapragnęła poznać naturę regolitu czy zobaczyć Ziemię z dystansu. Polecieliśmy tam, ponieważ Stany Zjednoczone musiały udowodnić, że są w stanie wygrać technologiczną i symboliczną rywalizację z Związkiem Radzieckim. Program Apollo był projektem polityczno-wojskowym, opartym na logice zimnej wojny, strachu przed utratą hegemonii i potrzeby dominacji narracyjnej. Chodziło o demonstracje potencjału rakiet nośnych zdolnych do przenoszenia ładunków nuklearnych. Nauka była tam narzędziem, a nie celem. A jednak – paradoksalnie – to właśnie ta rywalizacja wygenerowała skok technologiczny, który zmienił świat na dekady. Ten paradoks nie jest wyjątkiem. Jest regułą. Cywilizacje rozwijają się wtedy, gdy muszą odpowiedzieć na wyzwanie rzucone przez alternatywną wizję porządku świata. Europejska ekspansja kolonialna nie była efektem humanistycznej ciekawości ani oświeceniowego idealizmu. Była brutalną rywalizacją o zasoby, szlaki handlowe i wpływy. A jednak to ona wymusiła rozwój nowoczesnej administracji, finansów, kartografii, logistyki, medycyny i technologii morskich. Imperia nie zamierzały rozwijać świata, ale w procesie walki o dominację nieuchronnie rozwijały same siebie. Podobnie średniowieczna konfrontacja świata chrześcijańskiego z arabskim – często sprowadzana do uproszczonej opowieści o krucjatach – była w istocie starciem dwóch porządków cywilizacyjnych. Europa, intelektualnie zapóźniona, zetknęła się z kulturą, która przechowała i rozwinęła dziedzictwo antyku.

To nie dialog, lecz konflikt i rywalizacja otworzyły drogę do transferu wiedzy, który później zaowocował renesansem. Znowu: napięcie okazało się twórcze.

Nowoczesność tylko wzmocniła ten mechanizm. Pierwsza i druga wojna światowa były starciem nie tylko państw, lecz także idei nowoczesności: liberalizmu, totalitaryzmu, nacjonalizmu, komunizmu. Były katastrofą moralną, ale jednocześnie akceleratorem technologii, organizacji państwa i przemysłu. Zimna wojna, często opisywana jako okres zamrożonego konfliktu, była w rzeczywistości jedną z najbardziej dynamicznych epok w historii rozwoju technologicznego. Świat zachodni i sowiecki konkurowały nie tylko rakietami i bombami atomowymi, ale wizją przyszłości człowieka.

I właśnie dlatego lot na Księżyc był możliwy. Nie dlatego, że ludzkość była zjednoczona, lecz dlatego, że była głęboko podzielona.

Dziś jednak znajdujemy się w sytuacji zasadniczo odmiennej. Po zakończeniu zimnej wojny nie wyłoniła się żadna nowa, dominująca narracja rozwojowa. Przez krótki moment wydawało się, że liberalna demokracja i wolny rynek staną się uniwersalnym modelem świata. Jednak ta narracja bardzo szybko uległa spłaszczeniu i redukcji. Z globalnej wizji postępu pozostała w zasadzie jedna, hegemoniczna idea: konsumpcjonizm. Konsumpcjonizm stał się jedynym powszechnie akceptowanym językiem globalnym. Jest pokojowy, atrakcyjny, łatwy do internalizacji. Nie wymaga ofiary, nie wymaga heroizmu, nie wymaga nawet sensu – wystarczy nieustanne zaspokajanie kolejnych potrzeb.

Problem polega na tym, że konsumpcjonizm nie jest narracją rozwojową. Jest narracją eksploatacyjną. Nie oferuje odpowiedzi na pytanie 'dokąd zmierzamy?’, a jedynie na pytanie 'co jeszcze możemy zużyć?’.

Co więcej, konsumpcjonizm okazuje się narracją destrukcyjną i ograniczoną. Nie generuje wielkich projektów cywilizacyjnych, nie mobilizuje społeczeństw do długofalowego wysiłku, nie tworzy sensu zdolnego przekroczyć horyzont jednostkowego dobrostanu. Jest niezdolny do odpowiedzi na wyzwania, przed którymi stoi współczesny świat: kryzys klimatyczny, transformację energetyczną, starzenie się społeczeństw, migracje, rozwój sztucznej inteligencji, redefinicję pracy i znaczenia człowieka w świecie technologii. W tym sensie żyjemy w epoce paradoksalnej stagnacji etycznej. Technologia rozwija się szybko, ale bez jasno określonego celu cywilizacyjnego. Brakuje dominującej narracji, która nadawałaby temu rozwojowi sens i kierunek.

Świat nie ma dziś swojego Księżyca, bo nie ma sporu wystarczająco fundamentalnego, by wygenerować wysiłek porównywalnej skali.

I właśnie w tym kontekście należy patrzeć na kształtującą się na nowo globalną rywalizację. Z jednej strony Stany Zjednoczone, coraz wyraźniej odchodzące od roli strażnika liberalnego porządku świata. Donald Trump – niezależnie od ocen – jest symptomem głębszego procesu: powrotu do polityki interesu, siły i transakcyjnego myślenia o relacjach międzynarodowych. Z drugiej strony Chiny, oferujące alternatywną wizję nowoczesności, opartą na kolektywizmie, długim trwaniu i podporządkowaniu jednostki stabilności systemu. Pomiędzy tymi biegunami znajduje się Europa – projekt zrodzony z odrzucenia konfliktu jako motoru historii.

Unia Europejska została zaprojektowana jako antyteza XX-wiecznych konfrontacji: miała neutralizować napięcia, rozbrajać konflikty, zastępować spór procedurą. Problem polega na tym, że świat wraca do logiki rywalizacji, a Europa nie do końca wie, jak się w niej odnaleźć.

W tym sensie prowokacje Trumpa, w tym jego pretensje dotyczące Grenlandii, są czymś więcej niż dyplomatycznym skandalem. Są brutalnym przypomnieniem, że wartości nie istnieją w próżni, że każda wspólnota musi być zdolna do ich obrony i redefinicji w warunkach presji. Trump zmusza Europę do odpowiedzi na pytanie, czy jej jedność jest realna, czy jedynie retoryczna. Czy europejskie wartości są zdolne generować działanie, czy jedynie deklaracje. Paradoksalnie więc to właśnie ten rodzaj konfrontacji – niewygodnej, prowokacyjnej, często nieeleganckiej może stać się impulsem do odnowienia debaty o fundamentach rozwoju.

Bez sporu nie ma wyboru. Bez wyboru nie ma kierunku. Bez kierunku nie ma postępu.

Być może stoimy dziś u progu nowego etapu historii, w którym stawką nie będzie już tylko dominacja technologiczna czy gospodarcza, lecz odpowiedź na pytanie o sens dalszego rozwoju cywilizacji na Ziemi. Konsumpcjonizm nie jest w stanie tej odpowiedzi udzielić. Potrzebujemy nowych – albo odświeżonych – narracji aksjologicznych, które wejdą ze sobą w konflikt, wymuszą refleksję i wybór.

SPOŁECZEŃSTWO