Previous Slide Icon Next Slide Icon
Play Daily Button Pause Daily Button
Exit Daily Button

Czy odpowiedzialność da się wszczepić? Neurotechnologia, wina i koniec klasycznej kary

Jeśli agresja, impulsywność i przemoc są skutkiem procesów chemicznych zachodzących w mózgu, a nie 'złej woli', to czy więzienie wciąż ma sens? W epoce neurotechnologii pytanie o winę jednostki wraca ze zdwojoną siłą – i podważa fundamenty prawa, moralności oraz naszej wiary w autonomię człowieka.
.get_the_title().

Jeszcze do niedawna pytanie o winę wydawało się stosunkowo proste. Prawo, filozofia i kultura Zachodu opierały się na założeniu, że człowiek jest bytem racjonalnym, zdolnym do podejmowania świadomych decyzji, a więc także do ponoszenia odpowiedzialności za swoje czyny. Nawet jeśli uwzględnialiśmy wpływ wychowania, środowiska czy traumy, to ostatecznie gdzieś w centrum zawsze pozostawała jednostka – jej intencja, wybór, akt woli. Tymczasem XXI wiek przynosi narzędzia, które tę konstrukcję zaczynają rozmontowywać od środka. Dosłownie. Rozwój neurotechnologii – od farmakologii, przez stymulację głębokich struktur mózgu, aż po interfejsy mózg–komputer, nad którymi pracują dziś takie firmy jak Neuralink – stawia przed nami pytanie, które jeszcze kilkanaście lat temu należało raczej do science fiction: czy zamiast karać, możemy regulować?

Czy zamiast izolować ludzi w więzieniach, możemy ograniczać niepożądane zachowania poprzez bezpośrednią ingerencję w procesy neuronalne, na przykład w płacie czołowym odpowiedzialnym za kontrolę impulsów, agresji i zachowań społecznych?

A jeśli tak – to co wówczas dzieje się z pojęciem winy? Neurobiologia od dawna podkopuje nasze intuicje dotyczące wolnej woli. Wiemy dziś, że wiele zachowań, które tradycyjnie ocenialiśmy moralnie, ma swoje źródło w chemii mózgu: w poziomie neuroprzekaźników, w uszkodzeniach określonych struktur, w zaburzeniach regulacji emocji. Przypadki osób, które po urazach mózgu radykalnie zmieniały osobowość, skłonność do przemocy czy zdolność empatii, są dobrze udokumentowane (patrz tu – przyp. red). Coraz trudniej utrzymywać, że agresja, impulsywność czy brak kontroli są wyłącznie 'cechami charakteru’. Jeśli więc jesteśmy w stanie te procesy modulować – farmakologicznie, elektrycznie lub cyfrowo – pojawia się pokusa, by zrobić kolejny krok. Skoro wiemy, że określone osoby z diagnozowanymi zaburzeniami mają podwyższone ryzyko zachowań przemocowych, czy społeczeństwo nie ma prawa – albo wręcz obowiązku – zastosować technologii, które to ryzyko obniżą?

Czy czip wszczepiony w mózg, który redukuje impulsy agresywne w momentach kryzysowych, nie byłby bardziej humanitarny niż wieloletnia kara pozbawienia wolności?

To pytanie nie dotyczy wyłącznie technologii. Dotyczy samej struktury odpowiedzialności we współczesnym świecie. Hannah Arendt, relacjonując proces Adolfa Eichmanna w Jerozolimie, wprowadziła do debaty pojęcie 'banalności zła’. Jej teza była wstrząsająca nie dlatego, że usprawiedliwiała zbrodnie, lecz dlatego, że odbierała im demoniczny wymiar. Eichmann nie był potworem w klasycznym sensie. Był trybikiem w systemie, który działał sprawnie, proceduralnie, bezrefleksyjnie. Odpowiedzialność za zbrodnię została rozproszona w strukturze organizacyjnej, w procesach, regulaminach i hierarchiach. Zło nie było wynikiem indywidualnej nienawiści, lecz bezmyślności wpisanej w nowoczesną machinę. Zygmunt Bauman poszedł o krok dalej, pokazując, że Holokaust nie był anomalią cywilizacyjną, lecz produktem nowoczesności: racjonalizacji, biurokracji i technicznego myślenia o człowieku jako zasobie. Odpowiedzialność rozpłynęła się w systemie, a jednostka mogła mówić: ’ja tylko wykonywałem swoją pracę’.

Dziś jednak stoimy wobec nowego etapu tego samego procesu. Odpowiedzialność nie rozrzedza się już wyłącznie w strukturach społecznych czy organizacyjnych. Zaczyna się rozrzedzać wewnątrz samej jednostki – w jej biologii.

Jeśli agresja jest efektem zaburzonej regulacji neurochemicznej, a impulsywność wynika z niedostatecznej aktywności płata czołowego, to czy możemy mówić o winie w klasycznym sensie? A jeśli możemy tę regulację 'naprawić’ technologicznie, to czy brak takiej interwencji nie staje się zaniedbaniem systemowym? Tu właśnie pojawia się wizja społeczeństwa, w którym kara zostaje zastąpiona przez kontrolę. Nie brutalną, spektakularną kontrolę znaną z dystopii XX wieku, lecz miękką, medyczną, opakowaną w język troski i bezpieczeństwa. Zamiast więzienia – implant. Zamiast wyroku – protokół terapeutyczny. Zamiast izolacji – ciągły monitoring stanu neuronalnego. Na pierwszy rzut oka brzmi to jak postęp. Mniej przemocy, mniej recydywy, mniej cierpienia ofiar.

Ale cena jest wysoka. Bo wraz z tą zmianą przestajemy traktować człowieka jako podmiot moralny, a zaczynamy traktować go jako układ, który należy zoptymalizować. Odpowiedzialność zostaje przeniesiona z poziomu etyki na poziom inżynierii.

To rodzi pytanie fundamentalne: kto decyduje, które zachowania są 'niepożądane’ i wymagają korekty? Gdzie kończy się terapia, a zaczyna prewencja? Czy implant ma reagować tylko na realne zagrożenie, czy także na „potencjał” zagrożenia? A jeśli technologia pozwala przewidywać epizody agresji, to czy nie pojawi się presja, by stosować ją nie po czynie, lecz przed nim? W tym sensie neurotechnologia stawia nas przed dylematem głębszym niż ten, który analizowała Arendt. W XX wieku problemem było rozproszenie winy w systemach zewnętrznych wobec jednostki. W XXI wieku problemem staje się rozproszenie winy w procesach biologicznych, które są integralną częścią jednostki, ale jednocześnie wymykają się jej kontroli. Możemy wyobrazić sobie przyszłość, w której sądy nie pytają już o motyw, lecz o profil neuronalny. W której zamiast 'czy byłeś winny?’, pytanie brzmi: 'czy twój mózg działał w normie?’.

Odpowiedzialność moralna ustępuje miejsca odpowiedzialności medycznej, a prawo karne zaczyna przypominać zarządzanie ryzykiem.

To nie musi być przyszłość totalitarna. Może być bardzo racjonalna, spokojna i pozornie humanitarna. Ale właśnie dlatego jest niepokojąca. Bo w świecie, w którym każde zachowanie można sprowadzić do procesów chemicznych, wolna wola staje się pojęciem estetycznym – użytecznym w literaturze i filozofii, ale zbędnym w praktyce zarządzania społeczeństwem.

SPOŁECZEŃSTWO