Czy amerykańskie społeczeństwo obywatelskie jest dziś wystarczająco silne, by realnie kontrolować potęgę swojej armii?
Zacznijmy od obrazu, który rozpala wyobraźnię. Amerykańskie siły specjalne, chirurgiczna precyzja, nocna operacja, zero chaosu, zero wątpliwości, cel osiągnięty. Stany Zjednoczone przeprowadziły operację pojmania wenezuelskiego dyktatora Nicolása Maduro. Operację skuteczną, błyskawiczną, wzbudzającą respekt nawet u tych, którzy Ameryki nie znoszą. Demonstrację siły tak czystą, tak profesjonalną, że aż filmową. I w tym właśnie momencie, kiedy zachwyt miesza się z ulgą, a moralne usprawiedliwienia same pchają się na usta, pojawia się pytanie, które powinno nas zaniepokoić bardziej niż sam los wenezuelskiego tyrana: czy ta potęga nie zaczyna żyć własnym życiem? Bo jeśli jedno państwo jest w stanie zdjąć przywódcę innego państwa jak figurę z szachownicy, to problem nie polega już tylko na tym, kim był Maduro. Problem polega na tym, kto następny i na jakiej podstawie. I przede wszystkim: kto trzyma rękę na spuście.
Stany Zjednoczone od dekad są militarnym hegemonem. To nie nowość. Nowością jest natomiast skala dysproporcji pomiędzy potęgą armii a kondycją społeczeństwa obywatelskiego.
Amerykańska armia jest dziś najbardziej zaawansowaną machiną wojenną w historii ludzkości. Technologicznie, logistycznie, operacyjnie. Może działać w dowolnym miejscu na świecie, niemal natychmiast. Może obalać rządy, destabilizować regiony, narzucać rozwiązania. A wszystko to przy formalnej kontroli, która w praktyce coraz bardziej przypomina fasadę. Bo spójrzmy uczciwie: kto realnie podejmuje decyzje? W teorii prezydent jako cywilny zwierzchnik sił zbrojnych, Kongres jako ciało kontrolne, opinia publiczna jako ostateczny arbiter. W praktyce wystarczy decyzja jednego człowieka i kilku jego najbliższych współpracowników. Donald Trump wydaje rozkaz. Szef Pentagonu – nieprzypadkowo nazywany nie sekretarzem obrony, lecz sekretarzem wojny – wykonuje. I maszyna rusza. Problem nie polega na tym, że armia jest skuteczna. Problem polega na tym, że skuteczność zaczyna zastępować refleksję. A technologia – odpowiedzialność.
W narracji obecnej administracji coraz częściej pobrzmiewa ton chłopców-kowbojów: pokażemy siłę, zmusimy, wymusimy, nauczymy.
Arsenał staje się argumentem politycznym, a presja militarna – narzędziem zmiany świata. To narracja prosta, męska, patriarchalna, oparta na dominacji i przekonaniu, że skoro możemy, to znaczy, że powinniśmy. Tylko że historia zna ten schemat aż za dobrze. Każda dyktatura wojskowa zaczyna się od przekonania, że wojsko jest jedyną sprawną instytucją. Że cywile są zbyt podzieleni, zbyt słabi, zbyt skorumpowani, zbyt chaotyczni. Że demokracja jest luksusem, na który nie można sobie pozwolić w czasach zagrożenia. I nagle pojawia się myśl, która początkowo wydaje się rozsądna: pozwólmy profesjonalistom działać. Oddajmy ster tym, którzy potrafią podejmować decyzje.
Czy amerykańskie społeczeństwo obywatelskie jest dziś wystarczająco silne, by realnie kontrolować potęgę swojej armii?
To pytanie niewygodne, bo odpowiedź nie jest oczywista. Stany Zjednoczone są krajem dramatycznych nierówności, głębokiej polaryzacji, systemowego kryzysu edukacji, zdrowia i zaufania społecznego. Społeczeństwo jest zmęczone, podzielone, coraz bardziej plemienne. Media nie budują wspólnej narracji, tylko karmią emocje. Instytucje są podważane, autorytety wyśmiewane, fakty relatywizowane. Na tym tle armia jawi się jako coś stabilnego. Spójnego. Skutecznego. Działającego. I to właśnie jest moment niebezpieczny. Bo gdy jedna instytucja zaczyna wyraźnie dominować nad resztą, demokracja zaczyna tracić równowagę. Nie od razu. Powoli. Niezauważalnie. Najpierw w retoryce, potem w praktyce. Nie trzeba czołgów na ulicach Waszyngtonu, żeby mówić o ryzyku militaryzacji władzy. Wystarczy, że decyzje o wojnie i pokoju zapadają coraz częściej bez realnej debaty publicznej. Wystarczy, że społeczeństwo przyzwyczaja się do myśli, że Ameryka „porządkuje świat”. Wystarczy, że kolejne operacje zagraniczne są sprzedawane jako techniczne konieczności, a nie polityczne wybory.
Pojmanie dyktatora innego kraju – nawet jeśli moralnie kuszące – tworzy precedens. A precedensy są paliwem dla władzy.
Dziś mówimy: to był zły człowiek. Jutro ktoś powie: to był niewygodny przywódca. Pojutrze: to był problem strategiczny. Granice przesuwają się szybko, gdy nie są pilnowane. A kto ma je pilnować, jeśli nie społeczeństwo obywatelskie? Tylko czy ono jeszcze działa? Czy Amerykanie mają dziś wspólną wizję tego, czym jest odpowiedzialna siła? Czy raczej kupują narrację, w której technologia i wojsko rozwiązują problemy, których polityka nie potrafi? W tym sensie pytanie o dyktaturę wojskową nie jest pytaniem o formalny ustrój. Nikt nie zakłada, że generałowie przejmą Biały Dom w mundurach. To byłby zbyt prymitywny scenariusz. Znacznie bardziej realna jest miękka militaryzacja władzy: sytuacja, w której wojsko staje się głównym narzędziem realizacji polityki, a cywilna kontrola sprowadza się do rytuału. Najgroźniejsze dyktatury nie zaczynają się od zamachu stanu. Zaczynają się od aplauzu. Od zachwytu skutecznością. Od przekonania, że wreszcie ktoś działa. I dokładnie to widzimy dziś w reakcjach na demonstracje amerykańskiej siły. Podziw. Szacunek. Ulga. A gdzie refleksja?
Bo jeśli Ameryka, kraj z niedoskonałą, ale jednak demokratyczną tradycją, oddaje tak ogromną władzę w ręce wąskiej grupy ludzi kierowanych logiką dominacji, to zagrożenie nie jest lokalne. Jest globalne. Historia uczy, że imperia rzadko upadają dlatego, że są słabe. Upadają dlatego, że wierzą, iż są niezastąpione. A kiedy siła militarna przestaje być jednym z narzędzi, a staje się tożsamością państwa, demokracja zaczyna się kruszyć od środka.